Zapis rozmowy, jaką z Witoldem Horwathem przeprowadził Łukasz Gołębiewski dla dziennika "Rzeczpospolita", po ukazaniu się powieści "Ultra Montana"
- "Ultra Montanę" czytelnicy pana wcześniejszych powieści mogą przyjąć ze zdumieniem. Akcja rozgrywa się w wyimaginowanym świecie, gdzieś na południu Ameryki. Skąd ta ucieczka od polskich realiów, które tak barwnie przedstawił pan w "Seansie"? - Najprościej byłoby odpowiedzieć, że jestem tak zbrzydzony tymi realiami, że nie chcę o nich pisać, ale to nie jest cała prawda. "Seans" to po części panorama mojego życia, młodości spędzonej w PRL, ale już w "Ptakonie" odniesień do polskiej rzeczywistości było znacznie mniej. Powiem szczerze, że bardziej niż dbałość o fakty interesuje mnie atrakcyjna fabuła, a pisząc "Ultra Montanę", miałem całkowitą swobodę w wymyślaniu postaci i zdarzeń, bo przecież cały ten świat powstał w mojej głowie. Na swój prywatny użytek stworzyłem nawet termin - "powieść kukiełkowa". To jest świat jak z dziecięcych zabaw. Taki teatrzyk, w którym każda z lalek ma wymyśloną rolę. A skąd się biorą dziecięce zabawy? - z podpatrywania zachowań dorosłych i rówieśników, z filmów, trochę z lektur. I takim właśnie zlepkiem jest moja nowa książka. Są tu elementy znane z westernów i telenowel, ale przecież także literatury iberoamerykańskiej, głównie Marqueza, czy mojej ukochanej literatury amerykańskiej - Faulknera, Styrona. - Zupełnie inny jest też język nowej powieści. W porównaniu z wcześniejszymi jest ugrzeczniona. - To była naturalna konsekwencja wyboru formy narracji - onirycznej, dziecięcej kreacji. Dlatego np. nie ma wulgaryzmów, a sceny drastyczne są przedstawione w sposób trochę fantastyczny, baśniowy. Starałem się, by każdy rozdział był napisany innym stylem. Dla przykładu "Pętla Firstwooda" językiem nawiązuje do współczesnej literatury anglosaskiej, rozdział "Brygida uwięziona" pisany jest stylem balzakowskim, ale są też fragmenty bardzo młodopolskie, rzecz jasna dużo tu nawiązań do kina, w końcu jestem scenarzystą... - W przeciwieństwie do "Ptakona" czy "Seansu" w "Ultra Montanie" pokazuje pan świat niemalże sielankowy. Skąd ta odmiana? - Zła i przemocy w tej książce nie brakuje, ale na pewno nie zależało mi na przedstawieniu kolejnego dramatu. Nie lubię też, gdy książka kończy się zdaniem "Pani Bovary umarła", wolę pozostawić czytelnika w zawieszeniu, bo tak też jest najczęściej w życiu. Wiem, że większość dzieł literackich niesie ze sobą pesymistyczne przesłanie, ale sam chciałem pobyć trochę w krainie łagodności. - Zderza pan ze sobą dwa światy, mamy Montanę, biedną zacofaną prowincję, i Polis - nowoczesne miasto. Bohaterowie potrafią się odnaleźć w obydwu, choć niełatwo im wyzbyć się prowincjonalnych nawyków. - Ten szok prowincjusza jest mi doskonale znany. Przeżyłem go, gdy pierwszy raz wyjechałem z PRL na Zachód. - "Seans" to po części autobiografia, tu chyba uciekł pan od niej. - Ale i bohater "Seansu" nie jest do końca mną, to kompilacja kilku postaci, tyle że faktycznie wykorzystałem fragmenty życiorysu. Uważnie obserwuję innych, słucham ich historii, a potem je "kradnę" i wykorzystuję w książkach. Wymyślając bohaterów "Ultra Montany", w mniejszym stopniu korzystałem z moich doświadczeń, bardziej jest to świat wzięty z telenoweli. Cieszę się z tego, że czytelnik może być zaskoczony, bo nie sztuka pisać powieści podobne jedna do drugiej. - Uciekł pan też od wątków alkoholowych. - Nie chcę być drugim Pilchem. To nudne opisywać, jak piłem, potem jak nie piłem, choć postać alkoholika oczywiście pojawia się i w "Ultra Montanie". - Pan zerwał z nałogiem. - Nie piję od 20 lat, przestałem, bo po kolejnej pijackiej burdzie bałem się, że skończę w kryminale. Ludzie, którzy nie piją, naiwnie szukają przyczyn alkoholizmu, a ja twierdzę - ten typ po prostu tak ma. Piją osoby, które lubią żyć na wysokich obrotach. Ja nadal lubię, więc skoro rzuciłem alkohol, muszę szukać innych stymulatorów. Może pisanie jest jednym z nich?