Rozmowa z Witoldem Horwathem, ktora ukazała się w "Dzienniku" 27.07.06. Rozmawiał Cezary Polak.
- CEZARY POLAK: Czytelnik, który pamięta pana powieści –„Seans” i „Ultra Montanę”, powieści wielowymiarowe, skomplikowane formalnie, może się poczuć nieco zdziwiony. Najnowsza pańska książka „Wspólna chemia” to romansidło. - WITOLD HORWATH: „Wspólna chemia” pierwotnie była scenariuszem filmu, który nigdy nie został zrealizowany. Na zamówienie pewnej oficyny wydawniczej na podstawie scenariusza napisałem książkę. Tekst został przyjęty, ale pod warunkiem dokonania w nim wielu zmian. Mam wrażenie, że decyzja wydawcy podyktowana była obawą, jak odbierze tę powieść publiczność kobieca, czy nie jest to zbyt zjadliwa satyra na współczesne czytelniczki kolorowej prasy. Ponieważ nie uważałem tego tekstu za znaczące dzieło w moim dorobku i nie chciało mi się wprowadzać zmian, tekst przeleżał się na dyskietce pięć lat. Po opublikowaniu w ubiegłym roku „Ultra Montany” zgłosił się do mnie obecny wydawca i powieść ujrzała światło dzienne. - Jak by pan scharakteryzował „Wspólną chemię”? - Traktuję tę książkę jako karykaturę naszej epoki. Ostrze satyry dotyka przede wszystkim głównej bohaterki (nastolatki, która wyszła za mąż za starszego od siebie mężczyznę, ojca jej dziecka i która czerpie wiedzę o świecie z kolorowych magazynów dla kobiet – przyp. red.), ale nie jest to powieść antyfeministyczna. Także i męscy bohaterowie ukazani są w złym świetle, może z wyjątkiem jej męża, który jest w miarę pozytywna postacią. Ale i jemu można postawić poważny zarzut. Ten facet tak się dał uwikłać w kierat pracy, kariery, zarabiania pieniędzy, że dosłownie nie potrafił znaleźć pięciu minut na wyjaśnienie oczywistego nieporozumienia dotyczącego jego rzekomej zdrady, które zaowocowało kryzysem w ich małżeństwie. - Bohaterkami pańskich książek często są nastoletnie dziewczyny. Czyżby kobiety w tym wieku stanowiły atrakcyjny materiał literacki? - To po części prawda, ale i w „Seansie” i w „Ultra Montanie” bohaterkami są także kobiety dorosłe. Kobiety w ogóle są ciekawsze jako materiał literacki. -Dlaczego? -Jeśli mężczyzna pisze o mężczyznach, to opowiada o sobie samym. Jestem głęboko przekonany, że prawie wszyscy bohaterowie męscy w powieściach napisanych przez mężczyzn są wyposażeni w cechy autorów. W niektórych skrajnych przypadkach takie teksty pełnią funkcję terapeutyczną. Ja wole skoncentrować się na psychologii płci przeciwnej. -Ale Witek, bohater „Seansu”, to w dużej mierze pańskie alter ego. - To prawda. Ale „Seans” był moja pierwszą powieścią. Na równi był męski podmiot i jego żeński, mroczny – że tak powiem – przedmiot pożądania, czyli Milena. W kolejnych powieściach – „Ptakonie” i „Ultra Montanie” – prawa podmiotowe mają wyłącznie kobiety. Mężczyźni występują w charakterze przedmiotowym. Teraz niestety będę musiał napisać o mężczyźnie, i to wyjątkowo odrażającym. - Kto to jest? Kto pana zmusza do pisania o nim? - Podpisałem umowę na napisanie książki o jednym z najbardziej odrażających morderców w polskim pitavalu. To stracony pół wieku temu Władysław Mazurkiewicz. Straszna postać. W czasie okupacji kolaborował z gestapo, a po wojnie z UB. Z bardzo niskich pobudek w okrutny sposób mordował ludzi, nawet z grona swoich znajomych. Uchodził przy tym za dżentelmena, obracał się w towarzyskiej elicie Krakowa, spedzał przyjęcia sylwestrowe w domu pracy twórczej Halama w Zakopanem. Wydawnictwo WAB planuje serię tytułów z dziedziny literatury faktu i w ten cykl wpisze się właśnie moja książka. - Mówi się o panu pisarz popularny. Czuje się pan z tym źle? - Bynajmniej. XIX-wieczna proza była uniwersalna. „Madame Bovary” czy „Lalkę” mogły przeczytać zarówno panie z towarzystwa jak i wykształcona pokojówka, jeśli miała minimalne horyzonty myślowe. Pierwsza smakowała lekturę, traktując ją jako dzieło literackie, a druga widziała tylko romans. Później sprawa się skomplikowała. Zaczęła powstawać literatura elitarna, która siłą rzeczy nie przyciągała rzesz czytelników, aż w końcu prawie ich straciła. Ja się starałem zrozumieć Becceta, którego twórczość nie należy przecież do najbardziej hermetycznych, ale bez skutku. „Ulissesa” Joyce’a w ogóle nie trawię. Ta powieść jest niezrozumiałym udziwnieniem. Oczywiście wiem, że on odkrył wiele rzeczy, które mogą popchnąć literaturę do przodu, ale w takim nagromadzeniu jest to niestrawne i nieczytelne. Najlepszym sędzią literatury jest czas. Powieść XIX-wieczna przetrwała tę próbę.