Robię się jak paw Niedziela, 11 Marca, 2007
Rozmawiała Małgorzata Subotić
  Rozmowa z Witoldem Horwathem, która ukazała się w styczniu 2007 roku w dodatku do "Rzeczpospolitej" pt. "Piąta Aleja". Rozmawia Małgorzata Subotić.
- Gdyby dzisiaj pisał pan dalszy ciąg serialowego Klosa, to jak by to wyglądało?
- Bardzo precyzyjnie to już obmyśliłem. Napisałem. Ale projekt umarł. Producent nie zgromadził pieniędzy.
- To miał być dalszy ciąg Klosa?
- Tak. Dwuczęściowy film kinowy. Chciałem wykorzystać zmianę czasów, wolność słowa, której - gdy powstawała "Stawka większa niż życie" - nie było. Przecież tylko w pierwszym i końcowym odcinku było pokazane, kim są mocodawcy Klosa. Mój Klos w ostatniej chwili ucieka z łap sowieckiej organizacji zabijającej agentów Smiersza i ukrywa się. Ujawnia się dopiero w wolnej Polsce, jako mocno sędziwy człowiek. Ale okazuje się, że nie jest to wcale bezpieczne. A w tle jest poszukiwanie skarbu III Rzeszy.
- Jak pan sądzi, dlaczego Klos stał się ikoną popkultury?
- Mnie się nigdy nie podobał, może poza okresem, gdy byłem bardzo małym chłopcem. Agent J23 był przystojny, elegancki, odważny, sprawny fizycznie. Wtedy ten film pokazywał inny, zachodni świat. Dobre trunki, bale, piękne kobiety. Wtamtych siermiężnych czasach ludzie potrzebowali tego typu rodzimych filmów. A dzisiaj Klos jest traktowany jako gadżet PRL. Rozmaite gadżety PRL są teraz bardzo trendy.
- Skąd pan bierze pomysły do swoich seriali, na przykład do "Ekstradycji"?
- "Ekstradycja" jest ukrywaną adaptacją mojej powieści sensacyjnej "Święte wilki". Napisałem ją na początku III RP, fabuła nawiązywała do sprawy Stana Tymińskiego. Reżyserowi Wojciechowi Wójcikowi książka się spodobała. Byłem wtedy naiwny, nie wiedziałem, jak to jest w świecie filmu. Myślałem, że producent chce zekranizować po prostu moją powieść i dlatego kupuje do niej prawa. A jemu się podobały ze trzy sceny. Oskara Wolskiego z książki zastąpił w "Ekstradycji" Olgierd Halski.
- Ale i jeden, i drugi jest policjantem.
- I wyleczonym alkoholikiem. Więcej wspólnego nie mają.
- Skąd pan wie, jak działają policjanci? W jakimś przebraniu, po ciemku i z ukrycia obserwował pan policyjne akcje?
- Nic podobnego. I nigdy nie chciałem być policjantem. Ale od dziecka interesowałem się kryminalistyką i kryminologią. Z wiekiem mi to zresztą przeszło, fascynacja złem mija. Wiedza jednak pozostała.
- Z policjantem Halskim coś pana łączy?
- Podobnie jak on jestem niepijącym alkoholikiem. Stworzyłem sporo postaci, które w tę cechę wyposażyłem.
- Gdy pisał pan pierwowzór "Ekstradycji", czyli "Święte wilki", pił pan jeszcze?
- Nie. I to już od dawna. Głęboko nie wierzę w pogląd, że alkohol stymuluje twórczość. Że prowadzi do degradacji, ale coś w zamian daje. Gdy piłem, nie napisałem niczego sensownego. Obserwując moich przyjaciół, twórców, oceniam, że z nimi było tak samo.
- To znaczy jak?
- Gdy pili, ta ich twórczość koncentrowała się na pijackich marzeniach: jaki jestem wielki, zaraz coś stworzę i dostanę Nobla itd. Moje dokonania i moich znajomych, oczywiście nie na miarę Nobla, zaczęły się, gdy wytrzeźwieliśmy. Można było oczywiście tworzyć atmosferę jakiejś bohemy i wmawiać sobie, że jesteśmy artystami kontestującymi peerelowską rzeczywistość. Miało to swój urok, ale nie było to życie na serio ani praca twórcza na serio.
- Obiegowa opinia o artystach i alkoholu chyba przeczy temu, co pan mówi?
- Być może malarzom jest łatwiej pogodzić twórczość z alkoholem, ale na pewno nie pisarzom. Legendą jest, że znany poeta Rafał Wojaczek pisał po pijanemu. Po pijaku nic nie napisał.
- Jak to?
- Pisał, gdy trzeźwiał. Te jego słynne wiersze pisane na serwetkach w knajpie tak naprawdę przepisywał, umieszczał na nich to, co już wcześniej stworzył.
- Dlaczego właściwie zaczął pan pić?
- Na to nie ma odpowiedzi. Zawsze mówię, że ten typ tak ma. Alkohol jest fajny, gdyby nie był fajny, nie byłoby tylu pijaków. Dla niektórych jest szczególnie fajny. Dla tych, którzy potrzebują się nakręcać i są leniwi, mało obowiązkowi. Role społeczne - ucznia, męża, ojca - są dla nich dość uciążliwe. Więc od nich, dzięki alkoholowi, uciekają.
- To pan też był takim nakręcającym się leniwcem?
- Oczywiście. Ale nie piję już od 20 lat, jest to dla mnie odległa przeszłość. Marzeniem każdego alkoholika jest możliwość powrotu do kontrolowanego picia. Nawet by oddał za to życie. Ja kiedyś, i to zupełnie serio, mówiłem, że wolałbym, żeby mnie rękę lub nogę ucięto, niż gdybym miał nie pić do końca życia.
- Mówił pan to naprawdę serio?
- Jak najbardziej. To, że mógłbym się już nigdy w życiu nie upić, było dla mnie niewyobrażalnym kalectwem. Miałem styl picia wędrowny. Gdzieś pójść, wdać się w jakąś rozróbę. Rosły mi wtedy skrzydła. Czym to się kończy, pokazuje tragiczny przykład Wojaczka.
- Kiedy pan zaczął swoją "przygodę" z alkoholem?
- Miałem 14 lat. Z tego powodu wyrzucono mnie nawet ze szkoły. Za pijaństwo na szkolnej wycieczce. Choć oficjalnie zostałem usunięty ze szkoły za to, że nie poszedłem do muzeum Lenina. A do muzeum rzeczywiście nie poszedłem.
- To ma pan kombatancką kartę w życiorysie. Czy w "Ekstradycji" jest wyjaśnione, dlaczego główny bohater przestał pić?
- Przestał z oczywistego powodu. Poznał piękną, młodą kobietę, która mogła być jego córką, ale zakochała się w nim. Bodziec był tak silny, że nawet okazał się silniejszy od gorzały.
- W pana przypadku było tak samo?
- Nie. Może na to nie wyglądam, ale czasami myślę. I w pewnym momencie zrozumiałem, że prędzej czy później skończy się to straszliwym nieszczęściem. Regularnie zrywał mi się film. I z relacji uczestników biesiad dowiadywałem się, co robiłem. A były to rzeczy, od których włos jeżył mi się na głowie. Byłem jak dr Jekyll, któremu Mr Hyde zupełnie zerwał się ze smyczy.
- Wybrał pan jednak rękę i nogę zamiast kieliszka. Z pana książek wynika, że kobiety są dla pana bardzo ważne. Chyba więc mnie pan trochę oszukuje, że przy tym wyborze nie było kobiety?
- Była moja córka. Miałem świadomość, że gdybym poszedł do więzienia albo coś by mi się stało, to co by ten dzieciak robił? To jednak inna sprawa. Ale między Bogiem a prawdą to coś na rzeczy w pani przypuszczeniach może jest. W pakiecie bachanalii znajduje się wino, kobiety i śpiew. Po jakimś czasie zorientowałem się, że albo wino, albo kobieta. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że jest to kompensacyjne w stosunku do niepicia. Ale ja jestem autentycznie zafascynowany kobietą jako zjawiskiem. Odmiennością kobiecej psychiki.
- Są głupsze?
- Nie głupsze, tylko inne. Niektórzy dziwią się, dlaczego teraz wolę pisać o bohaterkach, a nie o bohaterach. Facetów znam, po co mam o nich pisać. Sam jestem facetem. Mnie interesuje nieznane.
- Może pan pisze o kobietach w celach terapeutycznych. Oswaja je słowem, bo się pan ich boi?
- O, jest się czego bać. Kobiety zaskakują na każdym kroku.
- W realnym życiu czym kobieta pana najbardziej zaskoczyła?
- Jestem męczennikiem tej sfery życia, mówię to bez żadnej kokieterii. Gdybym napisał swoje wyznania o wszystkich paniach, z którymi coś mnie łączyło, to przypuszczam, że czytelnik nie dałby wiary. Ale właściwie to już nic nie może mnie zaskoczyć. Od dawna nie miałem złudzeń. Za każdym razem wiedziałem, że to się źle skończy. Dokładnie wiedziałem, jak i dlaczego. Mimo to brnąłem w związek. I miałem za swoje. Nawet nie mogłem mieć pretensji do partnerek, bo jak mówi stara rzymska zasada: chcącemu nie dzieje się krzywda.
- To jakieś fatum nad panem wisi?
- Cały czas ponoszę karę za zmarnowany, i to z mojej winy, pierwszy związek w młodości. Moje pierwsze małżeństwo.
- Z powodu alkoholu?
- Tak. Za to Pan Bóg mnie pokarał kilkunastoma paniami, które były trochę jak psy z baśni o Alibabie. Jeden miał oczy jak spodki, drugi jak koła młyńskie. Kolejne kręgi piekieł. Jedna straszniejsza od drugiej.
- Sam pan je przecież wybierał.
- Takie przyciągałem. Może zresztą trochę demonizuję, bo było po drodze kilka sympatycznych związków.
- Z pana książkowych bohaterek bije magia, która przyciąga mężczyzn. Co pana najbardziej u kobiet pociąga?
- Powiedzenie, że uroda, byłoby błędem. Musi być to coś. Znałem piękne kobiety, które miały u mężczyzn powodzenie bliskie zeru. Znałem też brzydulki budzące ogromne zainteresowanie. W młodości pociągały mnie kobiety bohemiczne, typy George Sand. Wyrosłem z tego, bo z pary egocentryków nic dobrego wyjść nie może.
- To czym dzisiaj kobieta może pana uwieść?
- Zainteresowaniem moją skromną osobą. To rzecz podstawowa.
- Musi mówić, jaki pan jest piękny, mądry i wyjątkowy?
- W to, że jestem piękny, to już nie uwierzę. Ale we wszystko inne, tak. I ma mnie uważnie słuchać, pić mi z ust. Uwielbiam, gdy kobieta przychodzi do mnie do domu i mówi: "Jezu, ile u ciebie książek. I ty je wszystkie przeczytałeś? Jaki ty jesteś mądry". Robię się jak paw. Nawet wtedy, gdy słyszę dalszą część wypowiedzi: "Ja też jedną czytałam, o chomikach".
Źródło "Rzeczpospolita"
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
STRONA GŁOWNA
O autorze
Aktualności
Recenzje
Komentarze czytelników
Komentarze autora
Do czytania
Galeria
 
Linki
Zamówienie
Kontakt
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. W OBRONIE PRZEŚLADOWANEGO TWÓRCY KULTURY I WYBITNEGO NAUCZYCIELA
2. Recenzje Ogrodu Luizy
3. Serdeczne życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
4. Najważniejsza jest fabuła
5. Tekst nigdy nie publikowany
6. Muszę zaprotestować
7. Ptakon
8. Nie taki ja niewinny
9. Ultra Montana
10. Ogród Luizy -recenzja z serwisu internetowego Polityki
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Wydawnictwo Jirafa Roja
Xenna Moja Miłość
   
Analiza oglšdalności witryny