Trochę to dziwne, że "Ultra Montana" trafiła na Carpe Noctem. Ta ceglasta książka nie ma - poza paroma scenami - nic wspólnego z grozą, nawet przy najbardziej liberalnych kryteriach.
Więc fani horroru mogą już przestać czytać tę recenzję, wielbiciele porządnych książek również. Ci drudzy powinni po prostu pójść do księgarni i powieść Witolda Horwatha kupić.
Przyznam, że nigdy nie słyszałem o tym autorze i ze zdumieniem stwierdziłem, że Horwath ma za sobą kilka książek oraz scenariuszy do filmów i seriali sensacyjnych. Spodziewałem się więc jakiegoś sympatycznego łubu - dubu, ewentualnie, na zasadzie kontrapunktu, egzystencjalnego smęcenia o tym, ze życie jest nic nie warte. Albo nawet mniej. Tym większe było moje zaskoczenie.
"Ultra Montana" to polska odpowiedź na Marqueza i Faulknera. Od pierwszego Horwath zaczerpnął magiczny realizm (tutaj w wersji mikro), od drugiego tytułową Ultra Montanę, mityczną krainę w klimacie iberoamerykańskim, takie "nigdziebądź", nasączone stereotypami z seriali i kiepskich westernów. Horwath jest twórcą świadomym i nie zapomina nadawać swoim rekwizytom głębszego znaczenia, a przede wszystkim, wchodząc w "niepolską" formę literacką, napisał chyba najbardziej "niepolską" książkę ostatnich lat. I nie chodzi bynajmniej o brak akcentów znad Wisły, czy też wejście w język w butach autorów iberoamerykańskich, ale o zastąpienie charakterystycznego dla współczesnej prozy polskiej czarnowidztwa, nihilizmu, rozpaczy i pochylania się nad bzdurą ukłonem w stronę triady platońskiej. Horwath bowiem wierzy w prawdę, dobro i piękno.
Tę triadę uosabia Sandra Coluna, swoista "święta", dziecko wszechświata (w tym sensie, że funkcjonuje poza dobrem i złem), a także personifikacja samej Ultra Montany. Obserwujemy jej drogę z zapadłej dziury na prowincji, poprzez ogromne, anonimowe Polis, aż do zaskakującego - i w pełni zasłużonego - sukcesu życiowego. Poznajemy jej przyjaciółkę Kingę i kolejnych mężczyzn: policjanta, milionera i pisarza. A także wrogów, sędzinę i policjanta z Ultra Montany. Losy tych ludzi wypełniają ponad siedemset stron, zadrukowanych małą czcionką i szkoda tylko, że w drugiej części powieść wyraźnie przyspiesza, jakby Horwath nagle przeraził się objętości swojego dzieła.
Przyprawiło mnie o zdumienie, że powieść promuje się również w getcie fantastycznym. Jeśliby uznać Horwatha za pisarza fantastę, musielibyśmy to samo uczynić z całym magicznym realizmem. Fantastyka pojawia się rzadko, ale zawsze celnie - mamy dziwaczny lud Morenos, z którego wywodzi się Sandra, a także "objawienie" marksizmu sędzinie Lopez w nieistniejącym, a stylizowanym na chatkę wiedźmy antykwariacie. Wielbiciele mroku i diabelstwa ucieszą się, natrafiwszy gdzieś w połowie książki na satanistyczny rytuał.
Ale mroku w "Ultra Montanie" jest niewiele. Powieść daje nadzieję, a autor - jak najbardziej serio - wierzy w miłość i to, że dobro zwycięży. Jak w serialach brazylijskich, tylko mądrzej, lepiej i piękniej. I jeszcze jedno – powieść należy sobie dawkować. Nie więcej, niż czterdzieści minut czytania dziennie. Serial to w końcu serial.