Witold Horwath stworzył w swojej nowej powieści wizję świata winy i odkupienia
Tomasz Lada, Magdalena Bieńkowska
Recenzje Magdaleny Bieńkowskiej i Tomasz Lady, zamieszczone po pierwszym wydaniu "Ptakona" (1998) w Życiu Warszawy.
Odcienie szarości
Czwarta (licząc debiutancki zbiorek opowiadań) pozycja w prozatorskim dorobku Witolda Horwatha w sumie nie powinna zaskakiwać. Pisarz buduje po raz kolejny przeniesiony w rodzime realia świat z amerykańskiej prozy noir. Ten sam, rozgoryczony i zdający sobie sprawę z niemożności ostatecznego zwycięstwa, bohater, te same, malowane szarością pejzaże, w których poruszają się wykreowane postaci. Witold Horwath wyraźnie nie lubi kobiet. Femme fatale z prozy amerykańskiej – która jest dla autora wyraźnym wzorem – przestaje być tylko pikantnym szczególikiem i pozostającym nieco na uboczu czynnikiem sprawczym opisywanych wydarzeń. W „Ptakonie” Żaneta-Anna jest postacią dominującą. To na owej kobiecie-pająku skupia się z perwersyjnym wręcz chwilami uporem uwaga autora. To o niej tak naprawdę jest ta powieść. Świat wykreowany przez pisarza (nawet jeżeli jest najlepszym odzwierciedleniem rzeczywistości w polskiej prozie współczesnej) stanowi tylko dopełnienie jej obrazu. Obrazu mrocznego i pozbawionego najprostszych i najpiękniejszych podziałów na dobro i zło. Horwath, twórca, nazwijmy to, ambitnych dreszczowców społeczno-psychologicznych jest mistrzem w ukazywaniu relatywizmu moralnego współczesności i współczesnych. Obserwując czyny i wsłuchując się w (zbyt jednak liczne) monologi wewnętrzne bohaterów, jesteśmy dalecy od prostych, jurnych ocen – ten jest dobry, ta zła, ten głupi, ta mądra. Bohaterowie Horwatha są ludźmi z krwi i kości, postaciami, które może zbyt często spotykamy na mieście i w przesiąkniętych krwistą sensacją programach informacyjnych. Jednak „Ptakon” to nie tylko świat według pisarza, to także, a może przede wszystkim unurzana we współczesnej obyczajowości opowieść o zbrodni i karze. Jest to, niestety, słabsza strona tej powieści. Bo mimo waloru aktualnośći (morderstwo Tomka Jaworskiego, zabójstwo pracowników Ery GSM) autor nie potrafi przekonująco uzasadnić swojego poglądu na ten temat. Owszem, różne postaci wypowiadają diametralnie różne kwestie (które są, jak sądzę, odzwierciedleniem targających pisarzem wątpliwości), ale szeroka panorama poglądów, nawet w zderzeniu z naszym sposobem myślenia, nie daje wyrazistej odpowiedzi na pytanie wybaczyć czy też nie. Horwath, niczym rasowy humanista, nie ma wątpliwości, ale problemem jest już uzasadnienie. Może właśnie dlatego przez chwile pojawia się w powieści bełkotliwa metafizyka. Jednak nie jest ona w stanie obniżyć jednoznacznie wysokiej oceny „Ptakona” – najlepszej od wielu lat polskiej powieści współczesnej. Witold Horwath w odróżnieniu od królujących na rynku pisarzy-polonistów jest w stanie pisać bardzo prawdopodobne historie pełne wiarygodnych postaci. Potrafi kreować świat bliski temu, w którym poruszają się czytelnicy, a nie taki, jaki pasuje do wyrafinowanych i wydumanych figur stylistycznych. „Ptakon” to proza przeznaczona nie tylko dla snobów i jajogłowych, ale także dla zwykłych śmiertelników.
Tomasz Lada
Proza męska
Na nową powieść Witolda Horwatha składają się cztery rozdziały: „Żaneta”, „Ptakon” i ponownie: „Żaneta”, „Ptakon”. Rozdziały pseudonimowane są przez dwie postaci występujące w tej książce: zagadkową Żanetę-Annę oraz – i tu przed czytelnikami pojawia się dylemat interpretacji fantasmagorycznego Ptakona – zapewne męża Anny. Symetryczny układ rozdziałów to jedyny u Horwatha gest cierpliwego dążenia do harmonii. Poza tym jednym gestem nie ma tu wielu innych prób udowadniania ładu i harmonii w świecie. Horwath konfrontuje dwie strony kryminalnego konfliktu: przestępcy i obrońców prawa. A jednak winni nie są bezwzględnie winni; autor ucieka od jednoznacznych klasyfikacji. Próbuje jedynie zrekonstruować zawiłości psychiki i motywacje psychopatki, która dokonuje bestialskich zabójstw na ludziach, jak ona sama, bardzo młodych. Autor ośmielił się więc dotknąć problemu wzbudzającego najgorętsze emocje tu i teraz; bezkompromisowo wkracza w sferę społecznego tabu. Książka Horwatha pomyślana jest jako prowokacja. I to nie w samym wyborze niebezpiecznego tematu objawia się prowokatorska pasja Horwatha, lecz raczej w konsekwentnym, bolesnym realizmie, z jakim traktuje argumenty obu stron konfliktu. Stawia klasyczne pytanie o autonomię zła. Pozornie wszystko jest jasne: mamy przed sobą thriller psychologiczno-kryminalny, osadzony w realiach Polski lat dziewięćdziesiątych, ale swoimi rozległymi retrospekcjami zakorzeniający intrygę w burej rzeczywistości czasów peerelowskich. W roli głównej – demon kobiecy. Groza wiejąca od postaci bohaterki zasadza się na prostym, ale nieodmiennie poruszającym, mitycznym schemacie doktora Jekylla i pana Hyde’a. Barwy tej postaci (która, przekonacie się sami, rozgości się w waszej wyobraźni w najlepsze i nie będzie chciała jej opuścić) i niepokojącej sile dodaje fakt, że jest to postać kobieca. Oznacza to mniej więcej tyle, że wnosi do dramatu nieodłączny apanaż fatalizmu płci, syndromu Ewy itd. Horwath nie proponuje niczego nowego. No tak, tyle, że ta konstatacja ma wagę jedynie sentencjonalną; zaiste, mity żywią, żywiły i będą żywić cały ten literacki krwiobieg. Miarą talentu jest raczej sposób ich stosownego przykrojenia i wystylizowania, tak, by przekonać o ich aktualności. Tak, byśmy z mitem mogli obcować jak z przemyślnej konstrukcji przedmiotem codziennego użytku, niosącym jednocześnie w sobie pierwiastek piękna. Jak z kunsztownym dziełem „wysokiego krawiectwa” – dziełem sztuki, które się podziwia i które się nosi. I to się pisarzowi udaje. Cenię Horwatha za jego „nietutejszą”, amerykańską powściągliwość. I doceniam – za bezpretensjonalność, z jaką pościg za literackością historii zamienia na pościg za bohaterem pełnokrwistym, wyrzekając się ciężko pobrzękującej literackiej biżuterii.