Powieść Witolda Horwatha to istny cicer cum caule.
Określić tę książkę można właściwie na kilka sposobów - jako bujną i rozległą sagę, tudzież tandetną operę mydlaną ze szczyptą realizmu magicznego wprost z rejonów Ameryki Południowej. Jednym słowem pomieszanie z poplątaniem, przy czym istotnie książka jest znakomitym czytadłem.
Jednakowoż owa mieszanka nie pojawiła się zapewne znikąd. Obrazuje ze szczyptą ironii równie pomieszane czasy, w których żyjemy - swoisty popkulturowy melanż.
Ultra Montana jest krajem, w którym rządzi apodyktyczna sędzia Brygida Lopez, zwolenniczka marksizmu i niespełniona idealistka, która uczyniła ze swego kraju ciemnogród metodami cokolwiek niehumanitarnymi. W kraju tym przeplatają się m.in. losy pisarza, będącego jednocześnie ukrytym narratorem, Sandry Coluny, pochodzącej z tajemniczego ludu Moreno, oraz córki sędzi Lopez - Kingi, która ratując Sandrę od śmiertelnego wyroku z rąk swojej matki, rozpoczyna tym samym nową epokę w swoim życiu, co niechybnie odbije się na późniejszych losach nie tylko jej samej, a całego zacofanego Ultra Montana.
Powieść jest wielowątkowa, więc przewijają się w niej losy multum bohaterów trzech pokoleń, wszystkie jednak obracają się wokół głównej bohaterki - Sandry, można by przewrotnie rzec, mądrej inaczej.
Autor ścierając różne światy, przedstawia kondycję świata współczesnego, czasem zabawnie, czasem bardziej poważnie. Z powodzeniem bowiem, w mizoandrycznej Armii Sióstr Anielskich dostrzec można obraz radykalnych feministek, lub przynajmniej stereotyp feminizmu w ogóle. Natomiast Brygida Lopez jest typowym przykładem nieczystych meandrów władzy. Władza zresztą jest tutaj trzonem powieści, jej żądza, jej magia są równie silne jak popęd seksualny głównej bohaterki i tak jak on - przynosi przeróżne skutki...
Nie takie więc z „Ultra Montana” zwykłe czytadło.