"Podciągnął jej spódnicę, ale na twarzy, którą widziała w lustrze, nie dostrzegła wczorajszej namiętności.
- Denerwujesz się czymś? - spytała.
- Nie, skąd - zaprzeczył, ale zostawił jej tyłek w spokoju, a Ilona świetnie wiedziała, że jeśli facet zaczyna się dobierać i nagle się cofa, to znaczy, ze coś go gryzie. Wiedziała jednak również, że nie należy wtedy o nic pytać; parę razy za zbytnią ciekawość dostała już po buzi. (...) Obserwował ją spod przymkniętych powiek.
- Mój stary też mnie bił - powiedział dziwnie rozmarzonym tonem, niezbyt korespondującym z treścią wyznania - Najczęściej wtedy, kiedy dostawałem drgawek. Strasznie go te ataki wkurwiały. Miał teorię, że na padaczkę najlepszym lekarstwem jest pas. - Uśmiechnął się - No i tak samo, jak twój stary, łaził co niedziela do kościoła."
Witold Horwath jest pisarzem ("Seans", "Ptakon", "Inna wojna", "Święte wilki") i scenarzystą ("Ekstradycja", "Ostatnia misja", "Nie ma zmiłuj"). O swoim warsztacie mówi, że choć tematy, które porusza, są mu bliskie, stara się nie podchodzić do nich emocjonalnie. Patrzy chłodnym okiem. Pisze dla czytelnika i o czytelniku.
"Afrika Korps" to zbiór czterech opowiadań o tematyce psychologiczno-społeczno-sensacyjnej. Przekazując określoną historię Horwath rysuje trafnie sylwetki współczesnych Polaków, ich sposoby na życie, radzenie sobie z rzeczywistością i jej przemianami.
szybując w przepaść
Tytułowe opowiadanie na przykład, to opowieść o młodym chłopaku z rodziny dysfunkcyjnej. Monty, poniżany w dzieciństwie, także z powodu swej choroby, molestowany seksualnie przez wujka, wkraczając w dorosłość próbuje udowodnić światu swą wartość poprzez stosowanie przemocy, szpanowanie pieniędzmi i powodzenie u kobiet. W swych wyobrażeniach jest Sir Bernardem Law of Alamein Montgomery, żołnierzem, który walczy z wrogiem i przed niczym się nie cofnie. Naprawdę to bezradny chłopiec - dziecko we mgle, wykorzystane i zniszczone przez dorosłych. Jego życie to równia pochyła. Smutne to opowiadanie, ale prawdziwości odmówić mu nie można. Iluż wokół nas takich Montych...
pożyczone życia
"Telefony" są pięciostronicowym majstersztykiem, opisem jednego wieczoru spędzonego przy słuchowisku radiowym. "Dzieci wszechświata" to conocny rytuał człowieka, który znudzony własnym życiem przebiera się w osobowości bohaterów nocnych audycji - dzwoni do radia, by opowiedzieć wymyśloną historię. Raz jest narkomanem, potem chorym na białaczkę, następnie byłym więźniem. I taki jest przekonywujący, taki prawdopodobny... potem słuchając siebie w radiu ekscytuje się swoją historią, doświadczając jej tak, jakby naprawdę ją przeżył. I tak aż do następnego razu, kiedy znów przyoblecze się w barwy cudzych przeżyć.
lustereczko, powiedz przecie...
To, co według mnie najbardziej charakterystyczne dla pisarstwa Horwatha to realizm, czasem brutalny, chamski, ale pociągający. Sytuacje są takie, jakie są - udaje się Horwathowi uchwycić ludzi i miejsca w najbardziej charakterystycznych dla nich pozach, gestach, przywołać typowe dla nich wyrażenia, styl wypowiedzi. To wszystko, jak również ulokowanie bohaterów w określonym miejscu i czasie buduje obraz rzeczywistości bardzo trafiający do nas, siedzących z książką w ręku. Ten świat wychodzi z kartek i miesza się z naszym światem, z tym co wokół, co było i jest. To obrazowanie polskiej rzeczywistości moim zdaniem jest u Horwatha mistrzowskie.