Recenzja z grudnia 2005 roku z "Rzeczpospolitej", ukazała się zaraz po publikacji powieści "Ultra Montana".
Dobre serce Sandry C. zmienia świat
Nie kryję, że do lektury nowej powieści autora "Seansu" podchodziłem jak do jeża. W życiu zawodowym recenzenta ukazanie się nowości liczącej grubo ponad 700 stron nie jest powodem do radości. Tym razem stało się inaczej, choć przeciw książce Witolda Horwatha przemawiało wszystko.
Akcja powieści dzieje się, można rzec, wszędzie i nigdzie, choć na pozór - współcześnie - i sądząc po topografii, gdzieś w Ameryce Łacińskiej. Tytułowa Ultra Montana to kraina, w której wprawdzie o jakichś formach demokracji śniono przed laty, ale następnie autochtonom skutecznie wybito pomysły o lepszym świecie. Co więcej, wmówiono im, że ten lepszy świat to właśnie Ultra Montana, gdzie żyje się zgodnie z przykazaniami boskimi i prawem ustanowionym przez władze. A tymi są skorumpowany gubernator, ciągnący zyski z prostytucji, i ferująca surowe wyroki zwariowana sędzina, w młodości marksistka.
W takiej scenerii - przypominającej prozę Llosy, Garcii Márqueza, a po trosze i Faulknera - toczą się losy głównych bohaterów powieści Horwatha, a przede wszystkim Sandry Coluny, biednej, niewykształconej dziewczyny o dobrym sercu, którą dotknęło całe zło świata, ale ostatecznie osiągnęła to, na czym jej naprawdę zależało. Zdobyła miłość, przyjaźń i szacunek. I to za jej sprawą zmieni się Ultra Montana, uwolni od dewocji i od drakońskich kar.
W tej powieści wymierzone są w równych proporcjach prawda i fikcja, świat realny i wirtualny, rzeczywistość latynoamerykańska i... polska. Coś, co wygląda na sagę rodzinną, przemienia się nagle w awanturniczą opowieść, klasyczny romans ustępuje miejsca historii obyczajowej, a wszystko to polane zostało smakowitym sosem prosto z Macondo.
Początkowo zastanawiałem się, po co autor wykombinował ten cały entourage, czy nie mógł, jak w "Seansie", opowiedzieć o tym, co jest "tu i teraz", a Sandrę C. zastąpić Magdą K.? Po następnych stronach lektury takie myśli nie przychodziły mi już do głowy.
Horwath jest jednym z nielicznych polskich pisarzy potrafiących skonstruować pełnokrwiste postaci bohaterów, rozpisać świetne dialogi, umiejętnie dozować napięcie i grozę, by następnie rozładować naelektryzowaną atmosferę lekkim żartem. Prowadzi przy tym grę z czytelnikiem, czerpiąc z niej przyjemność. O kimś takim mówi się: "urodzony pisarz". To dla mnie ogromna satysfakcja odnieść te słowa do Witolda Horwatha.
Zgadzam się z przedmówcą, mnie też bardziej pociągają wcześniejsze powieści. "Ultra Montanę" przeczytałam z przyjemnością, ale raczej do niej nie powrócę. Natomiast "seansem" i "ptakononem" delektuję się jak najlepszą delicją ;)
Pozdrawiam Pana Witolda
dobra powieść, ale historia za bardzo jak z bollywood. Wolę wcześniejsze Pana książki, zwłaszcza \"Seans\" i \"Ptakona\". Nie czytałem pana pierwszej powieści, czy ona w ogóle jest dostępna?