Uwaga! Codziennie (chyba, że czas lub inne draństwo nie pozwoli) będę umieszczał kolejne fragmenty Ultra Montany, a dokładnie – kolejne odcinki rozdziału „Na wyspie”.
NA WYSPIE
Z początkiem lata Sandra nabrała pewności, że jest śledzona. Czekali niezmiennie przed akademikiem, zawsze nieco inaczej ubrani i w innym samochodzie; gdy szła sprzątać, jechali za nią wolno do kliniki, a kiedy wybierała się poza campus, towarzyszyli aż pod stację metra.
- Młode chłopaki, wzięłabym ich za studentów, gdyby nie wygląd.
- Wiesz, Coluna, po roku pracy mogę zapewnić, że wsród braci studenckiej nie brak zgoła lombrosowskich fizjonomii.
- Ale powiedz jeszcze raz - dopytuje się Kinga – Nie zaczepiają cię, nic nie mówią, tylko jadą za tobą, tak?
- Dokładnie. A jak dzisiaj specjalnie poszłam przez ogródek Wydziału Chemii, to jeden wysiadł i lazł za mną na piechotę...
Rozmawiają przy obiedzie w kuchni; Osterhoff wygląda przez okno, obserwując parking, lecz stoją tam wyłącznie auta mieszkańców. Kinga zdenerwowana pali jednego za drugim.
- Dlaczego dopiero teraz nam o tym mówisz?
- Bo przygotowywałaś się do egzaminu i nie chciałam, żebyś... A zresztą jeszcze nie byłam pewna, czy to mi się tylko nie wydaje.
Lecz nie było to niestety złudzenie; po obiedzie, gdy Sandra jechała do szkoły i Kinga dla bezpieczeństwa postanowiła jej towarzyszyć, natychmiast się zjawili. W starym bordowym fordzie mustangu. Ledwie tylko wyszły z akademika. Dwaj. Wolno jechali za nimi przez campus. Zatrzymali się, gdy tuż za bramą weszły do pawilonu pizzerii. Czekali. Kinga zatelefonowała na policję. Nie zdążyły dopić mlecznych koktajli, gdy z wizgiem opon zahamowały dwa auta, jedno przed, drugie za fordem.
- Wiesz, oni chyba kochają to robić – powiedziała Kinga, patrząc jak czterech osiłków wywleka tamtych z samochodu, rzuca twarzą na chodnik, wykręca ręce, aż tu, za szybą, słychać trzask, i skuwa kajdankami. Piąty osiłek przez cały czas stał w rozkroku z oburącz wycelowanym pistoletem.
- Na ziemię! Policja! Policja! Na ziemię! - porykiwał w kilkusekundowych odstępach, jak trąba, która zagrzewa do walki.
I właśnie on wszedł do pizzerii.
- To pani telefonowała? - Bezbłędnie spośród kilkanaściorga studentów wytypował Kingę.
- Ale oni jeździli za mną, nie za nią – wyjaśniła Sandra; spojrzała na policjanta z zachwytem. - Super ich pan załatwił, normalnie jakbym film oglądała...
- Nie takich zawodników się powalało. - Skromnemu uśmiechowi towarzyszyło odruchowe wypięcie piersi; trochę jeszcze ciężko oddychał, najwyraźniej zmęczył się wrzaskiem. - Muszą panie pojechać na komisariat – sapnął.
Sandra widziała, jak za oknem jego koledzy wpychają zatrzymanych do radiowozu, i miała mieszane uczucia: z jednej strony, nawet jako ofiara przestępstwa, bała się policji, a z drugiej - cieszyła się. Dziś w szkole zaliczeniowy sprawdzian z matematyki; dobrze, że nie musi go pisać. Byle tylko ci gliniarze dali jakiś papier dla profesora.
I dali. Urzędowe zaświadczenie z pieczątką samego szefa. Niestety - było to ich jedyne sensowne dokonanie, mimo że sprawa na komisariacie przeciągnęła się prawie do północy.
- To studenci - powiedziała po godzinie jakaś sierżant; chyba rutynowo kierowana do wszystkich przypadków, gdzie poszkodowaną jest kobieta. - Obaj notowani w związku z dilerką na terenie campusu.
Chciała wiedzieć, czy Sandra ich zna; czy tylko jeździli za nią, bo może coś mówili albo proponowali. Z każdym pytaniem policjantki coraz bardziej czuła się jak podejrzana i zaczęła się niepokoić. Na szczęście Kinga nie bała się, i zrugała babę od ostatnich. Od tego momentu miejsce jej zajął facet - też okropnie nierozgarnięty, ale przynajmniej skoncentrowany na meritum sprawy.
- Czy pani ma wrogów? Czy ktoś pani groził? Może jakiś narzeczony, z którym nie chciała się pani spotykać...
Ma jednego wroga - pomyślała Kinga, perswadując sobie zaraz, że przecież to niedorzeczne: żeby tu, w Polis, matka znalazła ludzi, którzy mieliby... I w tej samej chwili stanęła jej przed oczami twarz Miguela; matka nie, ale on być może byłby w stanie.
- Skąd! To niemożliwe. Z nikim nie miałam zatargów - odpowiadała Sandra, zdziwiona, że w ogóle dopuszcza się taką ewentualność; a Kinga, której fala lęku całkiem zamieszała w myślach, nie wiedziała, czy ma dzielić się z policjantem swoim podejrzeniem.
Nie podzieliła się. Nie tylko dlatego, że domysł mimo wszystko wydawał się fantastyczny; za równie fantastyczne i bajkowe uznano by na komisariacie realia Ultra Montana, w które siłą rzeczy musiałaby wtedy wprowadzać. I to było głównym powodem jej milczenia.
Około dwudziestej trzeciej obaj zatrzymani podpisali zeznanie, wedle którego śledzenie Sandry stanowiło formę adoracji; podobała się im, lecz śmiałości brakło. Zaproponowali, że przeproszą, i obiecali poprawę.
- Czy skieruje pani sprawę do sądu? – spytał policjant. Wyjaśnił, że za tego rodzaju nękanie dostaliby grzywnę lub tydzień aresztu.
Sandra bez szacunku pomyślała o sądzie, który feruje tak śmieszne wyroki; zwłaszcza gdy wszyscy wiedzą, że chłopaki dilują. Och, mają szczęście, że nie są w Ultra Montana i nie wpadli w ręce sędzi Lopez.
- Niczego nie będę kierować. Wystarczy mi, jak się odczepią.
Coś jeszcze trzeba było podpisać, i w rezultacie sprawcy wyszli z komisariatu wcześniej od nich; zdenerwowany Osterhoff czekał w holu, gdzie dyżurny policjant zatrudnił go do pomocy w rozwiązywaniu krzyżówki.
- Boże, misia, czemu tak długo?
- Cóż, panowie wnikliwie badali sprawę, pracowitością starając się zrekompensować brak innych walorów.
- Najważniejsze, że dzięki temu chyba zaliczyłam matmę, jak jutro opowiem profesorowi, a jeszcze odpowiednio ubarwię, to...
- Nie podoba mi się to wszystko - mruknął Osterhoff; wyszli przed szary, niezgrabny budynek komisariatu, z obawy przed atakami żywych bomb ze wszystkich stron obstawiony stalowymi barierami. Kinga wyjęła telefon i wezwała taksówkę.
- Daj spokój, Piotruś. - Sandra też nie była optymistką, chciała go jednak pocieszyć. - To jacyś wariaci, narkomani. Teraz będą mnie omijać szerokim łukiem.
Staruszek matematyk, przejęty do głębi jej historią, istotnie zapomniał o nieobecności na sprawdzianie i postawił na koniec roku mierny. Była w siódmym niebie i w siódmej klasie; tak jak obiecała Kindze – w rok zaliczyła dwa lata. Jeśli utrzyma tempo, jeszcze przed dwudziestką zrobi maturę.
Szkoła mieściła się przy zborze luterańskim, stojącym na środku niewielkiego skweru. Po drugiej stronie wąskiej jezdni miała stację metra. Szła tanecznym krokiem, myśląc już o uroczystej pizzy, którą za pół godziny zamówi do domu. To przecież także ich święto – Kingi i Piotra; zginęłaby, gdyby nie pisali jej wypracowań z angielskiego i referatów z historii. W ogóle nie zwróciła uwagi na mężczyznę stojącego obok bramki biletowej; przyłożyła kartę do czytnika, pchnęła barierkę; a w tym momencie schwycił ją za nadgarstek. Był wysoki, postawny, ubrany w ciężki skórzany płaszcz. Za wielkimi, ciemnymi okularami prawie nie dostrzegła twarzy; tylko – że włosy miał farbowane na blond.
– Witaj, Sandro – powiedział łagodnie do jej przestrachu; ręki jednak nie puścił.
Wkoło nikogo; dopiero na dole na peronie będą ludzie. Trzeba się wyrwać i uciec po schodach. Tam obsługa metra, kamery, nie odważy się zaatakować. Mężczyzna wyczuł jej zamiar.
– Nie bój się. A tak w ogóle to przepraszam cię za tych dwóch gnojków. Nie chciałem, żebyś się zdenerwowała.
Miał czterdzieści kilka lat, ale głos bardzo młodzieńczy. I raczej przyjemny.
– To pan mnie kazał śledzić? Dlaczego? – Patrzyła tak, jakby wzrokiem chciała zerwać mu z twarzy te okulary; przeniknąć do chorego mózgu, wszak tylko szaleniec mógł zlecić inwigilację nikomu niewadzącej osoby.
Mężczyzna uśmiechnął się.
– Chciałem wiedzieć, jak się prowadzisz. A zwłaszcza czy nie bierzesz narkotyków. W twoim campusie aż biało od koki, więc... – Pan jest z policji? – Strach wzrósł; przed oczami stanęła komenda w Carthaginie i pokój przesłuchań. I niczym groteskowy akompaniament do tej wizji usłyszała jego śmiech, co jeszcze przydało grozy.
– Dobrze, Sandro, chodźmy do samochodu, tam porozmawiamy – powiedział, opanowawszy się; oburącz kurczowo schwyciła się barierki.
– Niech mnie pan zostawi! – krzyknęła. – Nigdzie nie pójdę!
A potem wielokrotnie dzwoniła jej komórka, lecz Sandra nie odbierała.
– Chyba trzeba zawiadomić policję – powiedziała Kinga po kolejnym bezskutecznym telefonie; siedzieli z Piotrem w kuchni nad zimną pizzą, bo sami ją zamówili na cześć promocji Sandry; dochodziła dwudziesta trzecia, a ze szkoły najpóźniej wracała o dwudziestej pierwszej, coś więc musiało się stać.
– Skandal, że nie przycisnęli tych dwóch! – zżymał się Osterhoff. – Nieśmiali adoratorzy! Co za idiotyczne tłumaczenie! A policja to kupuje... Kinga raz jeszcze dzwoni, Sandra nie odbiera. – Nie chciałam ci mówić, Piotrze, ale wczoraj na tym komisariacie pomyślałam, że... Nie wie, jak to powiedzieć; Osterhoff patrzy pytająco.
– ...że to ma związek z Ultra Montana. – Myślisz, że jej macki mogą sięgać aż tu? Kinga była mu wdzięczna, że użył zaimka; w Polis ani razu nie rozmawiała z nim o matce. Wykreśliła to słowo. – Nie wiem. Dysponuje znacznymi środkami. Byłoby ją stać na wynajęcie...
– Z pozoru to brzmi jak bajka. Ale wiesz, to tylko nasze złudzenie, że istnieją dwa światy. I rzeczywiście trudno wyobrazić sobie, kto inny mógłby... – Właśnie. – Chyba że Coluna coś przed nami ukrywa. Może poznała kogoś nieodpowiedniego. W końcu co pewien czas sypia z różnymi studentami. A tu, w campusie, naprawdę nie wszyscy są święci. – Wykluczone. Sandra nie ma przede mną tajemnic. Piotr słyszy matczyny ton w jej głosie i bardzo się boi, czym skończy się ten dzień. O Sandrę też się martwi, ale najgorsze to, jak Kinga przeżyłaby, gdyby coś się stało. A jest niemal pewien, że się stało; trudno wszak łudzić się nadzieją, gdy ktoś, za kim chodzą podejrzane typy, znika nagle i nie odbiera telefonu. Kinga usiłuje zebrać myśli; najpierw zadzwoni na policję, powie im o swoich podejrzeniach. A potem – zwróci się o pomoc do dziadka. Niech zadziała przez gubernatora, postraszy Miguela, jeśli maczał palce w porwaniu Sandry. Bo ze wszystkich wersji za najpewniejszą uważa porwanie; wywiezienie do Santiago i szantaż. Żądanie, by wróciła. A jeśli to tylko brutalna, prymitywna zemsta? – przechodzi jej nagle przez myśl. Wtedy nie uprowadzą, nie zabiorą do Ultra Montana, tylko tu, na miejscu, za kilkaset funtów jakiś bandzior... I w tym momencie do mieszkania wbiega Sandra. Zziajana jak po maratonie. Oczy płoną. Policzki płoną. Tchu złapać nie może. Pada na krzesło w kuchni. Rozgląda się nieprzytomnie.