Wyznania jednego z najgłośniejszych morderców z polskiego pitavala, Władysława Mazurkiewicza.
Witold Horwath
Po wahaniach zdecydowałem się umieścić początek tekstu, nad którym obecnie pracuję. Niech Czytelnik i Wydawca wiedzą, że żyję i całkiem się nie lenię.
Nie ma nic gorszego niż wojna. Wiem, co mówię, bo na własnej skórze doświadczyłem jej koszmaru; dwa razy omal mnie nie zabili, i – dalibóg - kto nie otarł się o śmierć, jak ja, ten nie zrozumie, co czułem, kiedy dopełzłem do leju po bombie, kryjąc się w nim przed seriami cekaemów; ścigały mnie fontannami ziemi tryskającymi o centymetry od mojego stężałego ze strachu ciała, które rozpaczliwie metr po metrze na brzuchu pokonywało otwartą przestrzeń, niemal w równym stopniu pozbawione świadomości, jak trupy zalegające wokół. Chryste – szeptałem – jeśli mnie ocalisz, przysięgam, że wszystko zmienię w swoim życiu, poprawię się, skończę z kartami, noga moja nie przestąpi progu burdelu ani knajpy. Tylko obroń mnie, błagam, nie pozwól Niemcom mnie zabić! A potem, jak zwierzę w norze ukryty w uczynionej przez wybuch wyrwie, osłonięty pniami potrzaskanych sosen, długo całowałem krzyżyk, który dała mi macocha; podobno był mój, na chrzest dostałem, ale – aż do wojny przeleżał gdzieś w szufladzie przez wszystkich, a zwłaszcza przeze mnie zapomniany.
Z tego co powiedziałem wyżej, można by wnosić, żem zagorzały pacyfista; cóż, zaiste miesiąc wojaczki to była szkoła, której łatwo się nie zapomina, i w której raz na zawsze nauczyłem się, że od zgiełku bitewnego trzymać się należy jak najdalej. Jednakowoż z drugiej strony, jako człowiek światły rozumiem, że niekiedy wojny są uzasadnione i konieczne; są po prostu, jak to ktoś trafnie ujął, przedłużeniem dyplomacji. Ale choć państwa muszą prowadzić działania zbrojne, to przecież nie wszyscy ich obywatele w równym stopniu nadają się na żołnierzy. Jestem głęboko przekonany, że istnieje pewien typ osób, wrażliwych i inteligentnych, których psychika po prostu nie wytrzymuje sytuacji frontowej. W odróżnieniu od nich prosty ciemny lud doskonale nadaje się na mięso armatnie, swoista odwaga bowiem jest u nich wynikiem tępoty i braku wyobraźni. Cóż, nasi pogromcy w jednym na pewno mają rację: istnieją nad-ludzie i pod-ludzie. Zresztą to chyba i bez Adolfa Hitlera powszechnie wiadomo.
A wracając do zagadnienia wojen, choć jestem Polakiem, muszę przyznać, że Niemcy roztropnie zrobili wszczynając działania zbrojne; można wręcz rzec, że byliby idiotami, gdyby dysponując tak wielką, miażdżącą wprost przewagą w liczbie żołnierza i jakości sprzętu bojowego nie zdecydowali się dochodzić swych racji drogą orężną. Natomiast my, kraik słaby i zdany na niepewne sojusze, stawiając opór, z góry skazany na klęskę, dowiedliśmy po raz kolejny, ile prawdy jest w słowach poety, że Polak i przed szkodą i po szkodzie głupi. Nie lepiej było wzorem Czechów poddać się, unikając bezsensownych strat?
Ale już trudno, co się stało, to się nie odstanie, więc siedzimy z Józiem u Michalika nad kawą zbożową udającą małą czarną, a za oknem przechodzi jeden za drugim szwabski patrol. Dziś prawdziwy ich wysyp na ulicach, bo podobno coś ma się wydarzyć 11 listopada, a ich policja to zwęszyła. Łebskich muszą mieć wywiadowców, skoro już po kilku tygodniach tak dobrze się rozeznali w obcym kraju; a sposób na to mógł być tylko jeden: pozyskanie wśród Polaków dużej liczby konfidentów.
– No i co teraz będzie? – frasuje się Józek.
Dobry z niego chłopak, z uczciwej katolickiej rodziny z Myślenic, ojciec szewc, ale chyba trochę grosza mieli, skoro Józio mógł i studiować i jeszcze nienajgorzej się bawić, sporo wódeczności wlaliśmy razem w gardła nasze, a i z pannami przeróżne okoliczności pospołu się nam przytrafiały; w jednym różniliśmy się tylko, bo on, jak diabeł wody świeconej unikał kart, i zawsze, pamiętam, rugał mnie i ostrzegał, śliczne kazania mi prawił. Mówię – zacny człek i katolik.
A teraz wrócił Józio z niemieckiej niewoli, z nogą przestrzeloną, lecz żwawy i – zastanawia się, co dalej. Póki co ojcu w warsztacie pomaga, a do Krakowa wpada rzadko, teraz też tylko ze mną się spotkać przyjechał, bo dowiedział się, że żyję, nie ustrzelili mnie i jak dawniej spotkać mnie można w Michalikowej Jamie.
– Nuda będzie, ot co – odpowiedziałem Józkowi.