Ojciec czekał zirytowany na zewnątrz. Dziewczynki ze strachu schowały się w środku, jedna Eva tylko z ciekawością wyglądała przez okno. – Sandra! Czy ja cię mam zlać pasem?! Jak się umawiamy o trzeciej, masz być o trzeciej! W oczach Evy radosny, złośliwy uśmieszek. – Nie krzycz na mnie! Każdy ma prawo się spóźnić dwie minutyl A o pasie to w ogóle zapomnij. Chyba że chcesz, żebym się wyprowadziła z Wyspy. Teraz już całe okno wypełnione główkami. –Nie wiedziałem, że jesteś taka harda – mruczy Uttamar pod nosem. W gruncie rzeczy podoba mu się to. Sandra patrzy na niego wzrokiem kota, gotowego rzucić się z pazurami do twarzy. –To teraz już wiesz, patr. I nigdy więcej nie mów do mnie takim tonem. Przez moment Uttamar waha się, czy przynajmniej nie wykręcić jej ucha i nie kazać przeprosić. Ale po pierwsze, boi się zębów córki, a po drugie – grzech deptać taką śliczną, zadziorną dumę. –A ty na przyszłość nie spóźniaj się – mówi pojednawczo.– OK., załóż coś jasnego, najlepiej białą sukienkę, jak masz, bo idziemy do króla. – Do króla? – Oczy Sandry rozszerzają się z wrażenia. – Chyba wyraźnie powiedziałem. I pospiesz się, do licha, bo nie wypada, żeby na nas czekał. Nawet dwie minuty – dodaje z przekąsem. Sandra wpada do świetlicy, gna na górę, z szafki w sypialni wywala wszystko na łóżko, wybiera białą spódniczkę i bluzkę, błyskawicznie zaczyna się przebierać. Nawet nie dostrzega w drzwiach Evy; dopiero słyszy jej głos. –Ale masz przody u starego! Gdybym ja się tak do niego odezwała, chyba przez miesiąc nie siadłabym na tyłku. –Bo ja to ja, a ty to ty – wyjaśnia jej z godnością. – Byłaś kiedyś u króla? – No co ty? Żadna z nas nie była... – A widzisz. – Sandra zapina zamek spódniczki, ostatni rzut w lusterko, drobna ręczna poprawka fryzury; potem bezceremonialnie odsuwa siostrę i głośno stukając nowymi pantoflami, zbiega po schodach.
Druga hala fabryczna, zwana królewską, w przeciwieństwie do tej, gdzie wczoraj widziała wilka, była idealnie czysta i bez żadnych rupieci, jeśli nie liczyć kilkudziesięciu wysokich kamiennych waz, z których większość wprost na podłodze stała, nieliczne zaś na marmurowych postumentach.
– To urny z prochami pashos – wyjaśnił Uttamar.– Wojowników poległych w walce z wrogiem. A na podwyższeniach spoczywają Wielcy Ludzie, tacy jak ja.
Wazy tworzyły cztery półokręgi przed masywnym ołtarzem z głazów, złota i drogich kamieni, u stóp które zaciągnęło wartę sześciu jak greckie rzeźby zbudowanych młodzieńców, w białych tunikach i z bronią maszynową.
– Ati a tushara–kara! – zawołał ojciec, a Sandra zrozumiała że to coś to nie ołtarz. Bo owszem, są w ołtarzach drzwiczki, bywała w kościołach, to wie, jednak raczej nie wychylają się z nich żadne głowy, a już zwłaszcza w masce nosorożca. – Uklęknij! – nakazał szeptem Uttamar i sam na chwilę jednym kolanem musnął posadzkę. – Ati a tushara–kara! powtórzył słowa brzmiące w jej uszach jak zaklęcie z bajki. – Przyprowadziłem Sandrę, córkę moją najstarszą.
Głowa znikła, by niebawem ukazać się w masce drapieżnego ptaka.
– Rozbierz się – powiedział cicho ojciec.
– Jak to? Tu? – Przez moment wzięła to za żart, lecz napotkawszy jego surowy, rozkazujący wzrok, zrozumiała, że naprawdę tego od niej żąda. I z całą pewnością nie będzie tolerował sprzeciwu.
Orla głowa w złotym okienku kołysała się na boki, gdy Sandra posłusznie pozbywała się bluzki i spódnicy.
– Wszystko zdejmij. Król chce widzieć całe twoje ciało.
– Patr, ale ja się wstydzę przy nich! – wskazała wartowników; myślałby kto, że prócz tych w rękach jeszcze zapasowe pistolety kryją pod tunikami, tak im się wybrzuszyły. Całej szóstce. – W tył zwrot! – zakomenderował Uttamar, i w jednej sekundzie zamiast błyszczących oczu i rozdziawionych ust zobaczyła rząd pleców. To pomogło; nie czuła skrępowania, zdejmując bieliznę, Choć trochę brakowało ich spojrzeń i miała ukryty żal do ojca, że pozbawił ją widowni. –Pończochy też mam zdjąć? – spytała, lekko nadąsana. Uttamar chyba nie dosłyszał, wpatrując się w nią jak urzeczony. W swym bujnym życiu miał żon blisko trzysta, lecz – choć wiele odznaczało się doprawdy nietuzinkową urodą – żadna nie przebiła Dolores, niczyje ciało nie łączyło w sobie tyle piękna i powabu, jak tamtej dróżniczki z Villa Valentia. Tak mniemał do dziś, póki nie ujrzał rozebranej Sandry. –Nie patrz się! – krzyknęła Sandra do drugiego od prawej, który boleśnie okręcając kark, kątem oka usiłował złowić jej nagość. W ostatnim ułamku sekundy, rzucając się wprzód jak bramkarz., przecięła lot spadającej z postumentu wazy; wartownik jęknął i wolną od broni ręką schwycił się za pośladek. Głowa ptaka schowała się, a złotą ścianą taki zatrząsł śmiech, iż wydawało się, że runie zaraz lub przynajmniej posypie się z niej diamentowa inkrustacja. –Tato, kopnąłeś w prochy bohatera! –W jakie tam prochy! W rzyć go kopnąłem, bo się należało. Uttamar odwrócił się, jeszcze dysząc złością, a wtedy podsunęła mu urnę pod nos. –Ale biorąc zamach, strąciłeś wazę. Nie możesz być taki słoń w składzie porcelany. Głowa znowu wychynęła z okna, tym razem w masce uśmiechniętego słonka. Chwilę poświeciło i zaszło, ustępując miejsca świńskiemu ryjowi. Teraz z kolei głośnym, tubalnym śmiechem wybuchnął Uttamar. Sandra miała wszakże wrażenie, że to nie całkiem u niego spontaniczne, lecz z grzeczności dla króla. – Dobrze, mała, ubieraj się – powiedział, odśmiawszy swą pańszczyznę; gdy zapinała bluzkę, raz jeszcze wymówił tamto zaklęcie.
– Bądź zdrów, Ati a tushara–karal
– Bądź zdrów, Ati–Pash – odparł nosorożec. – I niechaj zdrową będzie twa nadobna córa.
Gdy wyszli z fabrycznej hali, dostrzegła na twarzy ojca wyraz głębokiej ulgi.
– Chyba dobrze wypadłam, co nie?
– Jesteś tak ładna, Sandro, że nie mogło być inaczej.
– Dzięki. A wytłumacz mi teraz, czemu król pokazywał nam się w tych maskach. Taki brzydki jest, że musi zakrywać oblicze?
Uttamar uśmiechnął się ironicznie.
– Fakt, w męskim konkursie piękności nie miałby wielkich szans. Czego zresztą wymagać od stuletniego staruszka? Nie o to jednak chodzi. To sprawa etykiety. Tylko bowiem Wielcy Ludzie, a i to nie wszyscy, lecz ci najbardziej uprzywilejowani, na przykład ja, mogą oglądać naszego króla bez maski.
– Czyli ja nie mogę?
– Oczywiście, Sandro. Nawet gdybyś została jego żoną, czego ci, ma się rozumieć, nie życzę.
– A te maski coś konkretnie znaczą czy tak zakłada, która akurat pod ręką?
– Oj, niemądra jesteś, córeczko. Pewnie, że nie ma w tym żadnej przypadkowości. Nosorożec to symbol potęgi jego władzy. Każdą audiencję zaczyna i kończy w tej masce. Sokół oznaczał, że patrzy i chce widzieć wszystko. Słońce, że promienieje radością, tak mu się spodobałaś. No a świnia, że miał w związku z tobą nieprzystojne myśli.
Uttamar szczypnął Sandrę w policzek.
- Zapraszam do mnie. Wypijemy sobie po drinku.
Nie o samego drinka jednak chodziło. Ledwie siadła w skórzanym fotelu przed kominkiem, zaczął mówić o swoich planach. Dzisiejsza audiencja dobrze im się przysłużyła, mając bowiem przychylność króla, śmiało może przedłożyć je Radzie. –To te plany związane ze mną, o których wspominałeś? –Tak, Sandro. Masz do odegrania bardzo ważną rolę. Jeśli oczywiście chcesz, bo zmuszać cię nie będę. –Mów, tato. Zamieniam się w słuch. Uttamar uśmiechnął się. –U króla takie słowa wyraża maska zająca. Dobrze, powiem ci z grubsza, bo w szczegóły nie czas cię jeszcze wprowadzać. Mówi ci coś nazwa Klub Wolności? Zaprzeczyła ruchem głowy. Pierwsze słyszy. Może chodzi o takie stowarzyszenie resocjalizacyjne dla byłych więźniów. Kiedyś był o tym program w telewizji. –To bardzo elitarny klub. Ma w Polis trzy lokale i tylko około dwustu osób otrzymało do nich kartę wstępu. Bo nie wystarczy być bogatym, trzeba jeszcze piastować wysokie stanowisko albo obracać się w odpowiednich sferach. –Jezu, a co ja, szara myszka, mogę mieć z tym wspólnego? – Wiesz, każdy z tych lokali ma swoich szefów i pracowników. Ktoś kieruje restauracją, ktoś inny biblioteką, jeszcze inny zajmuje się sauną i obiektami sportowymi. Zaczęłabyś, powiedzmy, od prowadzenia baru, a potem za rok, dwa mogłabyś nawet zostać szefową w klubie na Bulwarach. Co ty na to? – Ja wiem? Kasa na pewno niezła. Z tysiąc funciaków płacą, co nie? –Pomnóż, córcia, przez dwadzieścia. Omal ne upuściła drinka na dywan. – Tato. I ty myślisz poważnie, że by mnie tam przyjęli? Przecież do takiej fuchy na pewno ustawiają się w kolejce. I to wszyscy wykształceni, znający języki obce i w dodatku biali. ––No cóż, Sandro. Jesteś krwi mieszanej, więc jak żadna dziewczyna z Wyspy możesz udawać białą. A całą resztę biorę na siebie. Choć faktycznie nie byłoby źle, gdybyś się trochę poduczyła języków. Mogę cię zapisać na przyspieszone kursy. – Wstrzymaj się. Niech to wpierw będzie pewne. Bo wiesz, czas stracę, namęczę się, a potem zostanę jak głupia, z tym francuskim czy niemieckim. Wewnętrznie czuła jednak – że to jest pewne; trochę poznała już ojca i wiedziała, że raczej nie rozmawiałby z nią o czczych mrzonkach. Spostrzegła jego ciepły, nieomal czuły usmiech.
– Nic, córeczko, to dopiero sprawa przyszłości. A póki co na placu zaczyna się dyskoteka. Słyszysz? No, to pij drinka i leć.
Poszła, ale nie bawiła się długo. Wychowana w Villa, przyzwyczajona do tamtejszych dancingów i ludowych potańcówek, przez ubiegły rok z trudem przestawiła się na dyskoteki w Polis. Jasne, była wiele razy w klubach studenckich z Kingą, Piotrkiem i ich znajomymi, ale – choć wszyscy chwalili że tańczy świetnie – zawsze czuła się trochę nieswojo. A co dopiero tu – wśród samych morenos. Dziwne, ale dopiero podczas zabawy zrozumiała, że jest inna. Po prostu gorsza.
Wiedziała, że poczuciem rytmu i temperamentem tańca góruje nad białymi dziewczętami, jednak prawdziwe morenki biły ją na głowę. Wręcz krępowała się wstępować w rozszalały tłum; z puszką piwa i papierosem nieśmiało stanęła z boku.
– Ale mnie przez ciebie zadek boli – jęknął ktoś wprost do jej ucha; odwróciwszy się, poznała wartownika, którego patr poczęstował kopniakiem.
– Przeze mnie? – roześmiała się ironicznie. – Jeszcze powiedz, że to ja kazałam ci się gapić.
– Ty może nie. Ale twoje ciałko.
– Wcale nie jest takie ładne. Za małe piersi mam.
– Przestań! – warknął wściekle, jakby nie znosząc sprzeciwu. – Są w sam raz. Nienawidzę biustów z silikonu!
Wzrokiem przebiegał po niej od stóp do głów; była pewna, że w jego oczach jest całkiem naga, jak niespełna dwie godziny temu przed królem. A i on pod przymkniętymi powiekami Sandry zamiast dżinsów i skórzanej kurtki ma na sobie jedynie tamtą białą tunikę – potężne ręce i tors odsłaniającą; i nogi, jak kolumny greckiej budowli. Lecz nie wizja to, nie marzenie. Naprawdę jest w jego ramionach. Naprawdę czuje żar bijący od wszystkich muskułów chłopaka, zupełnie jakby przytuliła młodego lwa. A w łono wraża jej się granitowa twardość, ta sama, co wtedy strzelistą jak wigwam falą uniosła mu tunikę. – Sandro, ja już mam plan – dyszy prosto w ucho, a jej oddech również przyspiesza; bez udziału woli, w gwałtownym metrum pragnienia. – Na Wyspie Ezechiela jest kasyno, codziennie przed świtem wożą utarg do banku. Setki tysięcy funtów. Już gadałem z kumplami i braćmi, obiecali, że pomogą. –Po co mi to mówisz? – spytała, by przynaglić wyznanie, którego treść każdym nerwem już odgadła, więc teraz całe ciało pragnie to usłyszeć. – Bo ja to zrobię, żeby kupić twojemu ojcu podarek. Wiem, że chce za ciebie dobrą bryczkę, to będzie miał! A ja będę miał ciebie. Przez całą noc. W jednej sekundzie wyświetliła jej się scena jak z filmu. Hamujące z piskiem opon samochody, wyskakujący faceci w kominiarkach, serie z peemów. –Naprawdę tak ci na mnie zależy? – Jej usta bezwiednie jęły szukać jego ust. – A jak cię zabiją? – szeptała między pocałunkami. – Albo złapią, i pójdziesz do więzienia? –Jeśli wojownik tak pragnie dziewczyny, jak ja ciebie, to pokona cały świat. Myślała, że zwariuje od tych słów; bardziej niż od dotyku dłoni, coraz wyżej i wyżej na jej udzie. Gdyby nie idiotyczny zwyczaj z podarkami, gdyby nie chmara ludzi na placu w tej jednej chwili na wszystko by mu pozwoliła. Ale zwyczaj istniał, ludzie się gapili. Wyswobodziła się z jego objęć. –Muszę lecieć, pa! – Oddalając się pospiesznie, wyrzucała sobie, że jest jeszcze głupsza od Miriam. W ogóle go nie zna, nie wie nawet, jak ma na imię, a już dopuściła do takich poufałości. A to na pewno tylko zwykły pyszałek, który w życiu nie odważy się napaść na żaden konwój z pieniędzmi. Bo gadać to potrafi każdy z nich, tyle razy już się przekonała, a mimo to ciągle się jak głupia nabiera. A nawet gdyby naprawdę obrobił kasyno, to z jednej strony niby fajnie, jak w kinie, ale z drugiej – czy chciałaby mieć faceta bandziora? Kindze i Piotrowi w każdym razie na pewno by się to nie spodobało.
Najgorsze, że tylu ludzi widziało, więc ktoś może powtórzyć ojcu. A patr, jak się pogniewa, gotowy jeszcze za karę nie załatwić tej fuchy. Dwadzieścia kawałków miesięcznie przeszłoby koło nosa przez jeden głupi pocałunek. Taka kasa! W pół roku mogłaby wybudować dom i kupić statek rzeczny. Dla siebie i Kingi.
Tak rozmyślając, doszła aż nad kanał, gdzie przy łódkach siedział Rudi.
– Witaj, Sandro – uśmiechnął się do niej ciepło zza grubych szkieł.
– Cześć, saksofon. – Potarmosiła jego krótką, sztywną jak szczotka czuprynę i usiadła obok.
– Jak minął dzień? – Podsunął jej paczkę papierosów; pomyślała, że skoro sam nie pali, musiał kupić specjalnie dla niej; miły ten Rudi.
– Fajnie – odpowiedziała, wydmuchując kółka dymu. – Wy szykowałam siostrę na pierwszą małżeńską noc, zjadłam lunch z przyjaciółką, ojciec obiecał mi pracę w Klubie Wolności, a teraz spotkałam ciebie. Same dobre zdarzenia.
Rudi jednak zdawał się nie podzielać jej radości. Jego chuda, pociągła twarz jakby jeszcze bardziej zwęziła się od smutku.
– W Klubie Wolności, powiadasz? Pewnie tym na Bulwarach?
Przyjrzała mu się z niepokojem.
– Jezu, Rudi, ty coś wiesz. Widzę, że wiesz. I masz mi natychmiast powiedzieć!
– Nie jestem przekonany, czy mi wolno... Westchnął i popatrzył wkoło bojaźliwie. Schwyciła go mocno za rękę.
– Gadaj, bo cię wrzucę do wody! Mówię poważnie. Jestem silniejsza i zrobię to!
Miał wrażenie, że nie żartuje. Zbyt gwałtownie płonął jej wzrok. –No dobrze. Ale miej świadomość, że jeśli powtórzysz choć jedno moje słowo patrowi, to tak, jakbyś mnie skazała na śmierć. –Znowu zaczynasz? Przecież wiesz, że jestem twoją kumpelą. –No więc słuchaj. Klub Wolności to bardzo zacna, zasłużona Organizacja, o ponaddwustuletniej tradycji. Założyli ją jeszcze w czasach kolonialnych ludzie, którym bliska była idea wyzwolenia się od Korony Brytyjskiej. W późniejszych latach skupiała postępowych polityków i patriotycznie nastawionych bogatszych obywateli. Można rzec, że Klub Wolności był ponadpartyjnym porozumieniem wszystkich tych, którym leżało na sercu dobro kraju. Rozum, uczciwość, dbałość o interes publiczny, te słowa po dziś dzień widnieją na sztandarze Klubu. Sandra pstryka niedopałkiem do wody i natychmiast zapala drugiego. –Coś mi się widzi, Rudi, że gdyby naprawdę byli tacy święci, mój patr nie zawracałby sobie nimi głowy. –Masz rację. Gdzieś z końcem lat pięćdziesiątych w Klubie zaczęło się moralne zepsucie. A obecnie to już istna Sodoma i Gomora. Kokaina, hazard, folgowanie najbardziej odrażającym skłonnościom. Ma się rozumieć, nadal pod starym szyldem, to jest rozumu, przyzwoitości i patriotycznego zaangażowania. –Świnie – skwitowała Sandra. – I na pewno to Ludzie dostarczają im tych uciech. Zwłaszcza kokainy, co nie? – Nie tylko dostarczają. Oni ich zniewalają. Czynią swymi posłusznymi agentami. Posłów, senatorów, wysokich urzędników. A również sędziów, prokuratorów i generałów policji. Wystarczy, że któregoś sfilmowano, jak wąchał kokę lub zdradzał żonę z podsuniętą ślicznotką. A niekiedy przyłapywano ważne osobistości na takich rzeczach, że doprawdy włos się jeży. Na przykład pan wiceminister finansów lubił... –Cicho! Nie chcę znać takich szczegółów! –W porządku. Oszczędzę ci. Ważne, że zrozumiałaś sam mechanizm. Klub Wolności od co najmniej dwudziestu lat jest kontrolowany przez Sprzysiężenie. I stanowi główne narzędzie oddziaływania na władzę.
– Czyli, jakbym miała tam pracować, też musiałabym złożyć przysięgę?
Rudi kolejny raz rozejrzał się na boki, a nawet odwrócił głowę i zajrzał za łódź.
– Tak – szepnął. – Niewątpliwie tego zażądają.
No pewnie. Teraz wszystko jasne. Nikt nikomu nie daje, ot tak sobie, dwudziestu kawałków miesiąc w miesiąc. Jak w ogóle mogła w to uwierzyć? Dziecko! Naiwne dziecko! I co teraz? Wchodzić w to? Nie wchodzić? Najlepiej byłoby od serca pogadać z patrem, ale wtedy wyda się, że za dużo wie i może niechcący wkopać Rudiego. Bo ojciec domyśli się, kto jest źródłem informacji. Shit! Dlaczego inne dziewczyny mogą mieć normalne, proste życie, a tylko ona stale ładuje się w jakieś afery?!
Dzwoni telefon w torebce Sandry. Rudi patrzy na nią i widzi, jak zmienia jej się twarz. Smutek, który sprowadziły jego słowa, teraz przechodzi w rozpacz. W przerażenie, gdy z telefonem przy uchu wstaje i bezwiednie idzie nad brzeg Jakby chciała rzucić się do wody.
– Ale gdzie ona jest? – Słyszy jej wibrujące bólem pytanie do kogoś; do Boga, losu, okrutnego fatum, tak to zabrzmiało Rudiemu. Wstał i poszedł do niej. Delikatnie ujął jej ramię. Niech wie, że cokolwiek się dzieje, jest z nią.
Sandra kończy rozmowę. Odwraca się. Ma puste oczy.
– Napadli ich. Robert nie żyje. Miriam ranna. Boże, Rudi, gdzie jest szpital Świętego Jana? Muszę tam jechać. – Na wysokości Mostu Słońca. Prawie nad samą rzeką. Poczekaj. – Olśniewa go nagła myśl: – Mam w przystani motorówkę. Tak będzie najszybciej.