Na Wyspie, odc.7 Wtorek, 27 Marca, 2007
Witold Horwath
 
Wieczorem, gdy położyła dziewczynki spać, najpierw zadzwoniła do Kingi, by streścić dzień, a potem poszła pospacerować nad kanałem. Coś mówiło jej, że dziś znowu będzie tam Rudi. I nie pomyliła się. Siedział oparty o łódki, zasłuchany w rechot żab, i mimo ciemności i słabego wzroku już z oddali zawołał ją po imieniu. Odniosła wrażenie, że również liczył , że przyjdzie, i specjalnie czekał w tym samym miejscu.
– Świetnie, że jesteś. – Widząc, że chce usiąść obok niego, usłużnie rozłożył na ziemi sztormiak. – Właśnie wróciłem ze studia. Od rana nagrywaliśmy muzykę do filmu. Przyznam, że jestem okropnie wypluty.
Zrzuciła pantofle, wygodnie wyciągnęła nogi, jak on oparła się plecami o łódź.
–To ty naprawdę niezły musisz być, jak ci dają takie fuchy. A co to za film?
– Taki tam serial gangsterski. Ale dużo retrospekcji z epoki jazzu.
Uśmiechnęła się.
– To chyba ci pasowało. Bo na gangsterach też się trochę znasz.
–Trudno się nie znać, mieszkając na Wyspie. Ale staram się trzymać od tych spraw z dala. Choć przecież mój ojciec przysięgał. I wszyscy bracia.
–To jakieś gangsterskie przysięgi, tak?
Skinął głową. Na wyciągniętej dłoni obserwował spacer małego, czarnego żuka.
– A tobie pewnie nie kazali przysięgać, bo nie umiesz strzelać. W sumie masz dobrze, bo po co się w takie rzeczy pakować.
– Racja. Ale to nie jest tak, jak mówisz. Nikomu nie każą przysięgać. Nie ma przymusu.
– Myślałam, że każdy moreno jest wojownikiem.
– Wojownikiem, tak. Ale nie gangsterem. Do Sprzysiężenia należy tylko część, nie wiem, może połowa, może trochę więcej. Ale na pewno nie wszyscy.
–Patrz. Jak ja się nic a nic nie orientuję. Opowiesz mi trochę?
Zdmuchnął żuka.
–Jasne, Sandro. Tyle, co sam wiem, mogę ci powiedzieć. Mnie żadna przysięga nie wiąże.
– To na początek głupie pytanie. I będziesz zdziwiony, że pytam o takie podstawowe rzeczy.
– Śmiało – zachęcił uśmiechem, który ze śmiałością niewiele miał wspólnego, a Sandrze nagle przypomniał się mały Sylvio.
– Powiedz mi, kto właściwie wymyśla u Ludzi Prawo. Bo wiesz, w Ultra Montana sędziowie, w Polis rząd i parlament, a kto tu, na Wyspie?
– Bardzo trudne pytanie. Bo po pierwsze, wszystkich nas obowiązuje oczywiście prawo państwowe.
– A tam. Widziałeś kiedyś na Wyspie policjanta?
– Masz rację. To w dużej mierze teoria. Praktycznie rządzi Rada, i to jej wyroki są prawem, trochę tak jak w Ultra Montana wyroki sędziów. Bo żadnego kodeksu nie ma. Jedynie prawa zwyczajowe, jak choćby to, że mężczyzna musi dać ojcu dziewczyny podarek.
– Albo że narkomanów karze się śmiercią...
Rudi spojrzał na nią z niepokojem i przez chwilę milczał. Wyczuła, że domyślił się, czemu podała ten akurat przykład i boi się o tym rozmawiać.
– Ojciec mówił mi dzisiaj, że jest takie prawo.
– Nie, Sandro. Kara śmierci czeka jedynie zdrajców. Takich, co wydali Człowieka w ręce władzy. A narkomanami Rada w ogóle się nie zajmuje. Ogólnie zaleca, by eliminować ich ze społeczności, ale nie narzuca żadnego sposobu.
– Czyli nie jest złamaniem prawa, jeśli ojciec nie zabije syna narkomana, lecz tylko wypędzi z Wyspy?
– Wiem, że mówisz o swoim ojcu, Sandro. Cóż, on wyznaje zasady szczególnie surowe. Obowiązujące w Sprzysiężeniu. Gdyby do niego nie należał, prawdopodobnie oszczędziłby Maxa.
– Czyli postąpił nie według praw i zwyczajów morenos, tylko... mafijnych?
Rudi rozejrzał się niespokojnie, jakby sprawdzał, czy nikt nie słyszał jej słów.
– Nie powtarzaj mu naszej rozmowy – poprosił.
– Jezu, Rudi, za kogo ty mnie masz? Przecież wiadomo, że nie powtórzę.
–Wiem, Sandro. Tak tylko mówię, na wszelki wypadek. Bo w ogóle mam do ciebie ogromne zaufanie.
– Ja do ciebie też.
Chwila ciszy, która zbliża ich bardziej niż jakiekolwiek słowa. A potem Sandra zapala papierosa.
–Ciągle myślę, Rudi, o tej dziewczynie dla ciebie.
Jego twarz zdaje się mówić, że już samo to, bez względu na rezultat, czyni go szczęśliwym. Będzie, co ma być, a liczy się, że poznał Sandrę. Może jutro znowu spotkają się tu, przy łódkach.

Następnego dnia była sobota. Dziewczynki nie szły do szkoły, wstały późno i od razu zaczęły się przygotowania; podwójne – bo stadko oczywiście szykowało się na wieczorną dyskotekę na placu, Miriam zaś do swej nocy z wymarzonym wojownikiem, Robertem.
Jak obiecała, pożyczyła jej pończochy i czerwony, koronkowy pas; mała włożyła i natychmiast licho w nią wstąpiło.
–Sandra! – dobiegało raz po raz z łazienki. – Chodź na chwilę!
Nie dała kawy spokojnie wypić; w najciekawszych momentach odrywała od trzysta siódmego odcinka Upadłego anioła, dobrze, że Sandra zdążyła obejrzeć wczoraj, a teraz tylko powtórka.
– Popatrz, dobrze tak? – Miriam demonstrowała kolejną, ćwiczoną przed lustrem wyzywającą pozę i nowe spojrzenie wampa.
–Mała, przestań grać. Bądź po prostu sobą. Jesteś śliczną, zgrabną, młodziutką dziewczyną i na pewno mu się spodobasz.
– Muszę! Rozumiesz? Muszę! Zabiłabym się, jakby nie chciał następnych nocy.
Potem wyciągnęła ją do swojej matki, po drodze zamęczając pytaniami o tajniki ars amandi.
– Nic ci to nie da, Miriam, że usłyszysz ode mnie. Bo to on musi cię wszystkiego nauczyć. A ty jego. I na to z pewnością nie starczy jednej nocy, więc nie bądź rozczarowana, jeśli dziś nie wszystko tak przebiegnie, jak sobie wymarzyłaś.
– Boję się trochę, wiesz? A ty, Sandra, bałaś się za pierwszym razem?
– Jasne. Jak każda. Zwłaszcza ciąży. Ty przynajmniej masz ten luksus, że nic się nie stanie, jak zajdziesz.
– Wiesz, jak bym chciała mieć z nim dziecko?! Wyobrażasz sobie: takiemu wojownikowi urodzić syna!
– Nie za wcześnie?
– No co ty? Teraz mam piętnaście, dolicz dziewięć miesięcy, to akurat przed szesnastką urodzę. Najlepszy czas, bo matka jeszcze w miarę młoda, to zajmie się wnukiem...
– A szkoła? – spytała niepewnie Sandra.
– I tak bym nie skończyła. Jak przez tyle lat tylko do czwartej klasy doszłam...
– O sancta simplicitas! – westchnęła Kinga, gdy godzinę później spotkały się w małej włoskiej restauracji i nad spaghetti usłyszała o Miriam. Bardziej jednak przejął ją wygląd Sandry, która do bransoletki na kostce dodała jeszcze po dwie na każdej ręce plus pierścionki. Wszystko to miało tej nocy zdobić jej siostrę, lecz Miriam z wdzięczności podzieliła się błyskotkami. A potem jej matka obu zrobiła przeraźliwie ostry makijaż, wymalowała henną w kwiatki i serca, i teraz Sandra ściąga zdziwione i cokolwiek niechętne spojrzenia; jasne, nikt się nie podśmiewa, bo przecież za chwilę mogą się zjawić Ludzie z Wyspy, a wtedy biada wesołkowi. Kinga to wszystko czuje, rozumie; i przykro jej.
– Opowiem ci o nich po kolei, chcesz? No więc najmądrzejsza jest Eva. I ma wyraźne cechy przywódcze, zanim przyszłam, ona wszystkimi rządziła. I teraz próbuje mi się stawiać, więc powinnam z nią ostro, tylko nie wiem jak. Nic, coś wymyślę. Na drugim miejscu jest Luiza, niby spokojna, grzeczna, ale to cicha woda, dziś rano się przekonałam, kiedy pobiła się z Beatą o tusz do rzęs.
Kinga słucha o całej dwunastce oraz tej trzynastej, piekielnej małej Ter, której być może założą kaganiec. Ale Sandra zdaje się również i ją lubić, a chyba to nawet zbyt słabe słowo. Dziwne, jak silne uczucia przez trzy zaledwie dni rozwinęły się w niej do tych dziewczynek. Jej młodszych sióstr przyrodnich, a zarazem trochę jakby córek; i Kinga myśli, że ona jak najszybciej powinna mieć własną taką gromadkę, że fantastyczna mama by z niej była. No tak, tylko z kim spłodziłaby ten drobiazg? Z obwieszonym złotem gangsterem z Wyspy?
– Tak bym chciała, żeby Miriam udało się z Robertem. Ona nie przeżyje, gdyby ją rzucił po pierwszej nocy. Ale może będzie dobrze, co nie, Kinga? Może się w niej zakocha, jak myślisz? Miriam jest taka słodka, tylko jeszcze okropnie głupiutka.
Kinga uśmiecha się.
– Myślę, że panu Robertowi to akurat najmniej przeszkadza.
– Prawda? Też mam taką nadzieję. Sam na pewno nie jest zbyt mądry. W ogóle powiem ci, że poza ojcem i Rudim, jeszcze nie spotkałam na Wyspie inteligentnego faceta. Najważniejsze, żeby był dla niej dzisiaj czuły. I delikatny. Bo pamiętam, jaki był dla mnie Fred za pierwszym razem, i jeśli coś podobnego przydarzy się Miriam, to ona się biedna zupełnie załamie. Jezu! – Sandra patrzy na zegarek. – Na śmierć zapomniałam, że o trzeciej umówiłam się z ojcem. Muszę lecieć.
Ale nie potrafiła tak łatwo rozstać się z Kingą. Wyjęła z jej dłoni komórkę.
– Nie zamawiaj taksówki, pojedziesz ze mną.
– Przecież to zupełnie nie po drodze.
– Chyba, że się spieszysz. Bo pomyślałam, że najpierw pojedziemy do mnie, a potem zapłacę ci kurs do akademika. A po drodze sobie pogadamy. Nie przejmuj się, mam kasę.
Tym razem kierowca nie bał się jechać na White Island; jeden rzut oka na Sandrę i już wiedział, że wiezie swoją do swoich. Mniej więcej w połowie drogi kazała mu się zatrzymać.
–Poczeka pan chwilę. Chodź! – Wyciągnęła zaskoczoną Kingę z samochodu.
Po prawej było osiedle domków jednorodzinnych, po lewej, oddzielając ulicę od rzeki, wznosiło się porosłe trawą wzgórze, najpewniej przed laty usypane z mułu wydobytego przez pogłębiarki.
Sandra wbiegła na szczyt i machając ręką, dawała Kindze znak, by przyszła tam do niej.
– Ale stąd widok, co nie? Patrz, na upartego można nawet akademik zobaczyć.
– Nie za bardzo. – Kinga ciężko oddychała po wspinaczce. – Wieżowce City zasłaniają.
– Trochę tak. Nieważne. I tak w dwadzieścia minut dojedziesz metrem. Tu zaraz przy tych chałupkach jest stacja.
– Przepraszam, czy mam rozumieć, że się rozmyśliłaś i chcesz mnie wsadzić w metro?
– Oszalałaś?! No co ty, Kinga? Jak możesz mnie o coś takiego posądzać.
– Nie wiem. Za tobą czasem trudno trafić.
Sandra, mrużąc oczy, które razi odbite od wody słońce, patrzy w dół, na potężny, stateczny nurt Old River.
– Pomyślałam, że to idealne miejsce na nasz dom. Ty i Piotruś mielibyście prosty dojazd na uniwerek, a ja taryfą w dziesieć minut byłabym na Wyspie. O, zobacz, tu by się zrobiło werandę i można by sobie siedzieć i patrzeć na rzekę. A potem kupiłybyśmy na spółkę mały statek. Tam na dole by się go przycumowało i w weekendy brałybyśmy nasze dzieciaki na przejażdżkę. Mój mąż na pewno umiałby sterować, bo to potrafi każdy facet na Wyspie.
– Dziadek ma jacht w Carthaginie. – Kinga wchodzi do jej marzeń; naiwnych jak wizja budowy na zwale mułu. –Ciekawe, czy można by nim pływać po Old River?
– Daj spokój. Zarobimy na własny. Ty wydasz książkę o Platonie, mnie patr podrzuci trochę złota... O rany, już za dziesięć trzecia!
Sandra, ciągnąc Kingę za rękę, pędem zbiega do taksówki.
Źródło Ultra Montana. W.A.B. 2005.
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
STRONA GŁOWNA
O autorze
Aktualności
Recenzje
Komentarze czytelników
Komentarze autora
 
Galeria
Wywiady
Linki
Zamówienie
Kontakt
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. W OBRONIE PRZEŚLADOWANEGO TWÓRCY KULTURY I WYBITNEGO NAUCZYCIELA
2. Recenzje Ogrodu Luizy
3. Serdeczne życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
4. Najważniejsza jest fabuła
5. Tekst nigdy nie publikowany
6. Muszę zaprotestować
7. Ptakon
8. Nie taki ja niewinny
9. Ultra Montana
10. Ogród Luizy -recenzja z serwisu internetowego Polityki
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Wydawnictwo Jirafa Roja
Xenna Moja Miłość
   
Analiza oglšdalności witryny