Wieczorem, gdy położyła dziewczynki spać, najpierw zadzwoniła do Kingi, by streścić dzień, a potem poszła pospacerować nad kanałem. Coś mówiło jej, że dziś znowu będzie tam Rudi. I nie pomyliła się. Siedział oparty o łódki, zasłuchany w rechot żab, i mimo ciemności i słabego wzroku już z oddali zawołał ją po imieniu. Odniosła wrażenie, że również liczył , że przyjdzie, i specjalnie czekał w tym samym miejscu.
– Świetnie, że jesteś. – Widząc, że chce usiąść obok niego, usłużnie rozłożył na ziemi sztormiak. – Właśnie wróciłem ze studia. Od rana nagrywaliśmy muzykę do filmu. Przyznam, że jestem okropnie wypluty. Zrzuciła pantofle, wygodnie wyciągnęła nogi, jak on oparła się plecami o łódź. –To ty naprawdę niezły musisz być, jak ci dają takie fuchy. A co to za film?
– Taki tam serial gangsterski. Ale dużo retrospekcji z epoki jazzu. Uśmiechnęła się. – To chyba ci pasowało. Bo na gangsterach też się trochę znasz. –Trudno się nie znać, mieszkając na Wyspie. Ale staram się trzymać od tych spraw z dala. Choć przecież mój ojciec przysięgał. I wszyscy bracia. –To jakieś gangsterskie przysięgi, tak? Skinął głową. Na wyciągniętej dłoni obserwował spacer małego, czarnego żuka. – A tobie pewnie nie kazali przysięgać, bo nie umiesz strzelać. W sumie masz dobrze, bo po co się w takie rzeczy pakować. – Racja. Ale to nie jest tak, jak mówisz. Nikomu nie każą przysięgać. Nie ma przymusu. – Myślałam, że każdy moreno jest wojownikiem. – Wojownikiem, tak. Ale nie gangsterem. Do Sprzysiężenia należy tylko część, nie wiem, może połowa, może trochę więcej. Ale na pewno nie wszyscy. –Patrz. Jak ja się nic a nic nie orientuję. Opowiesz mi trochę? Zdmuchnął żuka. –Jasne, Sandro. Tyle, co sam wiem, mogę ci powiedzieć. Mnie żadna przysięga nie wiąże. – To na początek głupie pytanie. I będziesz zdziwiony, że pytam o takie podstawowe rzeczy. – Śmiało – zachęcił uśmiechem, który ze śmiałością niewiele miał wspólnego, a Sandrze nagle przypomniał się mały Sylvio.
– Powiedz mi, kto właściwie wymyśla u Ludzi Prawo. Bo wiesz, w Ultra Montana sędziowie, w Polis rząd i parlament, a kto tu, na Wyspie?
– Bardzo trudne pytanie. Bo po pierwsze, wszystkich nas obowiązuje oczywiście prawo państwowe.
– A tam. Widziałeś kiedyś na Wyspie policjanta?
– Masz rację. To w dużej mierze teoria. Praktycznie rządzi Rada, i to jej wyroki są prawem, trochę tak jak w Ultra Montana wyroki sędziów. Bo żadnego kodeksu nie ma. Jedynie prawa zwyczajowe, jak choćby to, że mężczyzna musi dać ojcu dziewczyny podarek.
– Albo że narkomanów karze się śmiercią...
Rudi spojrzał na nią z niepokojem i przez chwilę milczał. Wyczuła, że domyślił się, czemu podała ten akurat przykład i boi się o tym rozmawiać.
– Ojciec mówił mi dzisiaj, że jest takie prawo.
– Nie, Sandro. Kara śmierci czeka jedynie zdrajców. Takich, co wydali Człowieka w ręce władzy. A narkomanami Rada w ogóle się nie zajmuje. Ogólnie zaleca, by eliminować ich ze społeczności, ale nie narzuca żadnego sposobu.
– Czyli nie jest złamaniem prawa, jeśli ojciec nie zabije syna narkomana, lecz tylko wypędzi z Wyspy?
– Wiem, że mówisz o swoim ojcu, Sandro. Cóż, on wyznaje zasady szczególnie surowe. Obowiązujące w Sprzysiężeniu. Gdyby do niego nie należał, prawdopodobnie oszczędziłby Maxa.
– Czyli postąpił nie według praw i zwyczajów morenos, tylko... mafijnych?
Rudi rozejrzał się niespokojnie, jakby sprawdzał, czy nikt nie słyszał jej słów.
– Nie powtarzaj mu naszej rozmowy – poprosił.
– Jezu, Rudi, za kogo ty mnie masz? Przecież wiadomo, że nie powtórzę. –Wiem, Sandro. Tak tylko mówię, na wszelki wypadek. Bo w ogóle mam do ciebie ogromne zaufanie. – Ja do ciebie też. Chwila ciszy, która zbliża ich bardziej niż jakiekolwiek słowa. A potem Sandra zapala papierosa. –Ciągle myślę, Rudi, o tej dziewczynie dla ciebie. Jego twarz zdaje się mówić, że już samo to, bez względu na rezultat, czyni go szczęśliwym. Będzie, co ma być, a liczy się, że poznał Sandrę. Może jutro znowu spotkają się tu, przy łódkach.
Następnego dnia była sobota. Dziewczynki nie szły do szkoły, wstały późno i od razu zaczęły się przygotowania; podwójne – bo stadko oczywiście szykowało się na wieczorną dyskotekę na placu, Miriam zaś do swej nocy z wymarzonym wojownikiem, Robertem. Jak obiecała, pożyczyła jej pończochy i czerwony, koronkowy pas; mała włożyła i natychmiast licho w nią wstąpiło. –Sandra! – dobiegało raz po raz z łazienki. – Chodź na chwilę! Nie dała kawy spokojnie wypić; w najciekawszych momentach odrywała od trzysta siódmego odcinka Upadłego anioła, dobrze, że Sandra zdążyła obejrzeć wczoraj, a teraz tylko powtórka. – Popatrz, dobrze tak? – Miriam demonstrowała kolejną, ćwiczoną przed lustrem wyzywającą pozę i nowe spojrzenie wampa. –Mała, przestań grać. Bądź po prostu sobą. Jesteś śliczną, zgrabną, młodziutką dziewczyną i na pewno mu się spodobasz. – Muszę! Rozumiesz? Muszę! Zabiłabym się, jakby nie chciał następnych nocy. Potem wyciągnęła ją do swojej matki, po drodze zamęczając pytaniami o tajniki ars amandi. – Nic ci to nie da, Miriam, że usłyszysz ode mnie. Bo to on musi cię wszystkiego nauczyć. A ty jego. I na to z pewnością nie starczy jednej nocy, więc nie bądź rozczarowana, jeśli dziś nie wszystko tak przebiegnie, jak sobie wymarzyłaś.
– Boję się trochę, wiesz? A ty, Sandra, bałaś się za pierwszym razem?
– Jasne. Jak każda. Zwłaszcza ciąży. Ty przynajmniej masz ten luksus, że nic się nie stanie, jak zajdziesz.
– Wiesz, jak bym chciała mieć z nim dziecko?! Wyobrażasz sobie: takiemu wojownikowi urodzić syna!
– Nie za wcześnie?
– No co ty? Teraz mam piętnaście, dolicz dziewięć miesięcy, to akurat przed szesnastką urodzę. Najlepszy czas, bo matka jeszcze w miarę młoda, to zajmie się wnukiem...
– A szkoła? – spytała niepewnie Sandra.
– I tak bym nie skończyła. Jak przez tyle lat tylko do czwartej klasy doszłam...
– O sancta simplicitas! – westchnęła Kinga, gdy godzinę później spotkały się w małej włoskiej restauracji i nad spaghetti usłyszała o Miriam. Bardziej jednak przejął ją wygląd Sandry, która do bransoletki na kostce dodała jeszcze po dwie na każdej ręce plus pierścionki. Wszystko to miało tej nocy zdobić jej siostrę, lecz Miriam z wdzięczności podzieliła się błyskotkami. A potem jej matka obu zrobiła przeraźliwie ostry makijaż, wymalowała henną w kwiatki i serca, i teraz Sandra ściąga zdziwione i cokolwiek niechętne spojrzenia; jasne, nikt się nie podśmiewa, bo przecież za chwilę mogą się zjawić Ludzie z Wyspy, a wtedy biada wesołkowi. Kinga to wszystko czuje, rozumie; i przykro jej.
– Opowiem ci o nich po kolei, chcesz? No więc najmądrzejsza jest Eva. I ma wyraźne cechy przywódcze, zanim przyszłam, ona wszystkimi rządziła. I teraz próbuje mi się stawiać, więc powinnam z nią ostro, tylko nie wiem jak. Nic, coś wymyślę. Na drugim miejscu jest Luiza, niby spokojna, grzeczna, ale to cicha woda, dziś rano się przekonałam, kiedy pobiła się z Beatą o tusz do rzęs. Kinga słucha o całej dwunastce oraz tej trzynastej, piekielnej małej Ter, której być może założą kaganiec. Ale Sandra zdaje się również i ją lubić, a chyba to nawet zbyt słabe słowo. Dziwne, jak silne uczucia przez trzy zaledwie dni rozwinęły się w niej do tych dziewczynek. Jej młodszych sióstr przyrodnich, a zarazem trochę jakby córek; i Kinga myśli, że ona jak najszybciej powinna mieć własną taką gromadkę, że fantastyczna mama by z niej była. No tak, tylko z kim spłodziłaby ten drobiazg? Z obwieszonym złotem gangsterem z Wyspy? – Tak bym chciała, żeby Miriam udało się z Robertem. Ona nie przeżyje, gdyby ją rzucił po pierwszej nocy. Ale może będzie dobrze, co nie, Kinga? Może się w niej zakocha, jak myślisz? Miriam jest taka słodka, tylko jeszcze okropnie głupiutka. Kinga uśmiecha się. – Myślę, że panu Robertowi to akurat najmniej przeszkadza. – Prawda? Też mam taką nadzieję. Sam na pewno nie jest zbyt mądry. W ogóle powiem ci, że poza ojcem i Rudim, jeszcze nie spotkałam na Wyspie inteligentnego faceta. Najważniejsze, żeby był dla niej dzisiaj czuły. I delikatny. Bo pamiętam, jaki był dla mnie Fred za pierwszym razem, i jeśli coś podobnego przydarzy się Miriam, to ona się biedna zupełnie załamie. Jezu! – Sandra patrzy na zegarek. – Na śmierć zapomniałam, że o trzeciej umówiłam się z ojcem. Muszę lecieć. Ale nie potrafiła tak łatwo rozstać się z Kingą. Wyjęła z jej dłoni komórkę. – Nie zamawiaj taksówki, pojedziesz ze mną. – Przecież to zupełnie nie po drodze. – Chyba, że się spieszysz. Bo pomyślałam, że najpierw pojedziemy do mnie, a potem zapłacę ci kurs do akademika. A po drodze sobie pogadamy. Nie przejmuj się, mam kasę. Tym razem kierowca nie bał się jechać na White Island; jeden rzut oka na Sandrę i już wiedział, że wiezie swoją do swoich. Mniej więcej w połowie drogi kazała mu się zatrzymać. –Poczeka pan chwilę. Chodź! – Wyciągnęła zaskoczoną Kingę z samochodu. Po prawej było osiedle domków jednorodzinnych, po lewej, oddzielając ulicę od rzeki, wznosiło się porosłe trawą wzgórze, najpewniej przed laty usypane z mułu wydobytego przez pogłębiarki.
Sandra wbiegła na szczyt i machając ręką, dawała Kindze znak, by przyszła tam do niej.
– Ale stąd widok, co nie? Patrz, na upartego można nawet akademik zobaczyć.
– Nie za bardzo. – Kinga ciężko oddychała po wspinaczce. – Wieżowce City zasłaniają.
– Trochę tak. Nieważne. I tak w dwadzieścia minut dojedziesz metrem. Tu zaraz przy tych chałupkach jest stacja.
– Przepraszam, czy mam rozumieć, że się rozmyśliłaś i chcesz mnie wsadzić w metro?
– Oszalałaś?! No co ty, Kinga? Jak możesz mnie o coś takiego posądzać.
– Nie wiem. Za tobą czasem trudno trafić. Sandra, mrużąc oczy, które razi odbite od wody słońce, patrzy w dół, na potężny, stateczny nurt Old River.
– Pomyślałam, że to idealne miejsce na nasz dom. Ty i Piotruś mielibyście prosty dojazd na uniwerek, a ja taryfą w dziesieć minut byłabym na Wyspie. O, zobacz, tu by się zrobiło werandę i można by sobie siedzieć i patrzeć na rzekę. A potem kupiłybyśmy na spółkę mały statek. Tam na dole by się go przycumowało i w weekendy brałybyśmy nasze dzieciaki na przejażdżkę. Mój mąż na pewno umiałby sterować, bo to potrafi każdy facet na Wyspie.
– Dziadek ma jacht w Carthaginie. – Kinga wchodzi do jej marzeń; naiwnych jak wizja budowy na zwale mułu. –Ciekawe, czy można by nim pływać po Old River?
– Daj spokój. Zarobimy na własny. Ty wydasz książkę o Platonie, mnie patr podrzuci trochę złota... O rany, już za dziesięć trzecia!
Sandra, ciągnąc Kingę za rękę, pędem zbiega do taksówki.