Późno się położyła, potem z samego rana zbudziły ją dziewczynki, hałaśliwie szykując się do szkoły. Po ich wyjściu próbowała jeszcze zasnąć, lecz zza okien zewsząd dobiegała muzyka, śmiechy, nawoływania, kłótnie, Wyspa na pełny regulator tętniła życiem, obok którego jej sen nie znalazł sobie miejsca. Około dziesiątej usłyszała, że ktoś jest w świetlicy, narzuciła więc szlafrok i zbiegła na dół. Właśnie zagwizdał czajnik i z wnęki pod schodami, gdzie mieściła się kuchenka, wyszedł Uttamar. W jasnym błękicie pogodnego nieba były jego dżinsowe spodnie i bluza; na tacce niósł do stołu dwie szklanki kawy. – Cześć, patr – zawołała i gdyby nie strach, że się kawa rozleje, rzuciłaby mu się na szyję. Lecz gdy odstawił, zdążyło wrócić, wyparte podczas snu, wspomnienie rozmowy z B–52. – Cześć, Sandro – odparł wesoło, zajęty nakrywaniem do śniadania; bo prócz kawy były jeszcze jogurty, pączki, mandarynki, wszystko po kolei wyciągał z plastikowej torby i wykładał na tekturowe talerzyki. I dopiero kiedy podeszła i usiadła przy stole, zobaczył wyraz jej twarzy. -Ojej, czemu tak posmutniałaś? Czyżbym nie utrafił? –Z niepokojem spojrzał na wiktuały. – Ale pytałem twojej białej przyjaciółki, co lubisz na śniadanie, i powiedziała, że najbardziej pączki i man...
– Patr, wczoraj dowiedziałam się czegoś strasznego. Nawet nie wiem, jak cię o to zapytać, ale muszę, bo jeśli to prawda...
Usiadł naprzeciw niej; wyciągnął przez stół rękę, położył na jej dłoni.
– Wiem, Sandro. B–52 powtórzył mi, o czym rozmawialiście. Obsztorcowałem go porządnie, bo jeszcze nie dojrzałaś do takiej wiedzy.
– I myślisz, że kiedyś dojrzeję? Pogodzę się z tym, że topi się w rzece narkomanów?
– Nie ja wymyśliłem Prawo. Ono istnieje, odkąd pierwszy Człowiek pojawił się na ziemi. I dzięki Prawu, dzięki jego rygorystycznemu stosowaniu, przetrwaliśmy, choć pandshus robili wszystko, ażeby nas unicestwić. A dziś to my rośniemy w siłę, podczas gdy oni giną zaplątani w sieć skrupułów i wątpliwości, chwilami zaś postępują, jakby całkiem im rozum odjęło, na co, podejrzewam, niemały wpływ mają również narkotyki. Spójrz, Sandro, przywódca ich najpotężniejszego kraju właśnie przyznał się, że popalał trawkę.
– Patr! Ja przecież nie pochwalam narkotyków, ale jak można karać za to śmiercią?!
– Nie my jedni to robimy. Wszystkie ludy i narody, które nie utraciły jeszcze samozachowawczego instynktu, zabijają ćpunów, tak jak wycina się zrakowaciałą tkankę. To bolesne, ale konieczne. Zwłaszcza podczas wojny, a pamiętaj, Sandro, że my, Ludzie, od ponad dwustu lat prowadzimy wojnę z pandshus i kolorowymi. I od dwustu lat każdy pash musi być wojownikiem, a cóż to za wojownik, który odurza się heroiną? Nie tylko chudnie, słabnie i głupieje, ale również łatwo staje się zdrajcą. Bo narkoman, jak wiesz, nie ma woli ani sumienia. – To odsuńcie takiego od siebie, wypędźcie z Wyspy, przecież nie musicie go zabijać! Uttamar zgrabnymi ruchami długich palców obiera mandarynkę, kusząco podsuwa przed usta, Sandra odwraca twarz, on niedostrzegalnie wzrusza ramionami i zjada sam. –Cóż, niektórzy ojcowie o słabym charakterze po cichu omijają Prawo i czynią właśnie tak, jak mówisz. Rodzi to oczywiście jak najgorszy skutek. Młodzież bowiem w obliczu pokusy nabiera poczucia bezkarności. A wezmę sobie, myśli jeden z drugim, co mi grozi? Najwyżej z Wyspy mnie wygonią. To nawet i lepiej. W Polis będę mógł ćpać bezkarnie, ile chcę i kiedy chcę. I dlatego, Sandro, wszyscy powinni mieć świadomość, że alternatywa jest inna: nie Wyspa albo Polis, lecz Wyspa lub dno kanału. I dopiero wtedy liczyć można na rozwagę. Powiedz, widziałaś na White Island choć jednego ćpuna? A przejdziesz most, to spotkasz ich całe tabuny. Widzisz więc, że Prawo działa i skutecznie chroni naszą społeczność. Choć w każdym indywidualnym przypadku, kiedy musi być zastosowane, rodzi ból i rozpacz. Jest to cena, którą płacimy za zdrowie narodu. – Bardzo wysoka, patr. Wiem. Osobiście ją zapłaciłem. I choć już trzy lata minęły, boleść moja trwa i trwać będzie nieuleczona, póki stąpam po tej ziemi. Wzrok Uttamara staje się zamglony, nieobecny, i Sandra wie, że patrzy teraz w oczy śmierci, którą zadał; jego dłoń bezwiednie zaciska się na mandarynce – i miażdży. Tylko ten w górze, gwiazdooki Ati–Ish, widział go tamtej nocy – klęczącego na brzegu kanału, zimnym, czarnym lustrem wody odgrodzonego od Maxa, który jeszcze dwa dni wcześniej dziękował mu za uratowanie życia, bo zdawał się rozumieć wreszcie, czym jest nałóg; był mądrym, niesamowicie bystrym chłopakiem i Uttamar często żałował, że to tylko pasierb, bo z jego własnych synów żaden nie dorównywał Maxowi. Może zrobił błąd , posyłając do liceum w Polis, może mimo wszystko należało trzymać go na Wyspie, ale przecież bez sensu, żeby zdolny dzieciak poprzestał na podstawówce, nawet biali profesorowie zachęcali, prosili, wróżyli studia, doktorat, świetlaną przyszłość. No i właśnie w tamtej szkole, tuż przed maturą, zetknął się z koką. Nie miał serca sam bić. Zlecił to żołnierzom. Potem wysłał na leczenie. Do najlepszego, najdroższego zakładu odwykowego. W każdy weekend jeździł go odwiedzać. „Ocaliłeś mnie", mówił Max. I to samo powtórzył po powrocie. Miał szerokie plany. Chciał skończyć zaocznie szkołę, iść na studia prawnicze. A już teraz marzyła mu się własna firma: dziesięć taksówek, które woziłyby białych na Wyspę. Nawet byli razem u sprzedawcy Forda obejrzeć wozy.
–I dlatego, Sandro, wydawało mi się, że to jakiś makabryczny żart, gdy w nocy dostałem telefon, że łazi zaćpany po bulwarach. A potem nie zrozumiałem słów, choć wiedziałem, o co spytano, więc rzuciłem krótko: tak, zróbcie to. Podobno w ogóle nie kontaktował, gdy przywieźli go w bagażniku na Wyspę i do samego końca nie zdawał sobie sprawy...
Uttamar przerywa, przeczekuje falę bólu, która odbiera głos.
– Wiesz, kiedyś wszyscy spotkamy się pośród gwiazd – mówi potem cicho. – I wierzę, że Max mi przebaczy... zrozumie, że nie mogłem inaczej postąpić. Przecież nie jestem jakimś drobnym pashem, lecz Wielkim Człowiekiem i nie wolno mi łamać Prawa. Choćby serce pękało, nie wolno.
Straszne to ich Prawo. Sandra nienawidzi go. Do kanału powinien być wrzucony ten, co je wymyślił. A nie biedny, głupi Max. Boże, jak jej żal tego chłopaka. Ile mógł mieć lat? Dwadzieścia najwyżej. I ojca też żal. Widać, że naprawdę cierpi. Nie udaje. Takie potężne, silne ma ręce, a bezradny był. Musiał poddać się nieludzkiemu obyczajowi.
– Tato, obiecuję ci, że nigdy niczego nie wezmę, nawet dżointa nie zapalę. I tak samo żadna z dziewczynek, dopilnuję tego, zobaczysz.
– Dziękuję, Sandro – odpowiedział ze smutnym uśmiechem w oczach, który wyrażał wdzięczność. – Tylko z tobą podzieliłem się swoim bólem, inni być może sądzą, że przyszło mi to łatwo.
Lecz ona już o czym innym myśli. Zupełnie innym, co nagle przypomniało się nie wiadomo skąd. Jeszcze w Santiago wiedziała, że koniecznie musi o to zapytać, jeśli się spotkają. Tylko potem jakoś wyleciało z głowy.
– Patr, a Ludzie z Osady mówili, że umiesz naśladować głos harcowników. To prawda? Uttamar patrzy zdumiony; nie pojmuje, jak możliwy jest podobny przeskok myśli i uczuć, jego ta rozmowa i przywołane wspomnienie zupełnie wytrąciły z równowagi, przytłumiły nawet wczorajszy triumf nad Gonzalesem, który niemal czołgał się u ich nóg. A Sandra...? Sandra patrzy na niego wzrokiem szczęśliwej, małej dziewczynki. Mniejszej niż te, co powierzył jej opiece.
–Wiesz, pomyślałam, że może kiedyś zabierzesz mnie do zoo i pokażesz. Mimowolnie uśmiechnął się. – Nie trzeba wcale do zoo. Ale ubierz się, bo w szlafroku nie wypada chodzić po Wyspie. Nie wiedziała, dokąd ją zabiera, miała to być niespodzianka, choć niewątpliwie jakoś związana z harcownikiem. Była szczęśliwa i dumna, idąc z nim; trzymał ją za rękę, jak swoją dziewczynę, ale przecież wszyscy naokoło wiedzieli, że jest jego córką, córką Wielkiego Człowieka, pierwszego po królu, nieuchwytnego zbójnika z Ultra Montana i właściciela złotego jaguara w Polis. Stąd uniżone ukłony, spojrzenia szacunkiem brzemienne, a część splendoru spływa także na nią. I Sandra bezwiednie zaczyna iść w taki sposób, który najbardziej podoba się mężczyznom, a obcisła spódniczka jeszcze wzmacnia efekt. I do tego błysk złotej bransolety; niemożliwy ten tata – gdy wychodzili, prawie w drzwiach schylił się nagle i zapiął nad kostką. Tak, tak, chłopcy, pogapić się możecie. Ciekawe tylko, czy któregoś z was stać na mercedesa dla patra? Stanęli przed stalowymi drzwiami hali fabrycznej, tej świątynnej, jak objaśnił Uttamar. Wartownik, ze zwisającym na rzemiennym pasku pistoletem maszynowym i kijem bejsbolowym w garści, na widok jej ojca wyprężył się na baczność. A potem odpiął cztery kłódki, cztery grube sztaby odciągnął i pancerne skrzydła rozwarły się; z wnętrza powiał przeszywający chłód, ostry zapach rdzy uderzył w nozdrza. – To jedynie przedsionek – rzekł Uttamar, gdy weszli do środka – Właściwa świątynia znajduje się tam. – Wskazał drzwi w głębi hali, widoczne zza stert złomu i powywracanych stołów montażowych. – Szkoda, że nie mogę ci jej pokazać, bo jest bardzo pięknie urządzona.
– Pewnie cała w złocie i drogich kamieniach! – westchnęła Sandra z rozmarzeniem.
– Tak chciała Rada. Jednak pewien wykształcony kapłan, który studiował w Europie malarstwo, wymyślił, że ładniej będzie w srebrze. Najpierw wszyscy się oburzyli, bo to tak, jakbyśmy skąpili Ati–Ishowi. Ale okazało się, że miał słuszność i całość wyszła przepięknie. Zwłaszcza ołtarz. Zresztą, sama niezadługo się przekonasz.
– Już się nie mogę doczekać – szepnęła. – Tak o tym opowiadasz, że normalnie, jakbym widziała....
– Dobrze. Na razie zobaczysz numer z harcownikiem. Liczę, że masz mocne nerwy i nie zemdlejesz.
– Żartujesz. Miałam prawdziwego harcownika dziesięć centymetrów przed nosem i nie zemdlałam.
– W takim razie uważaj: start!
Uttamar przymknął oczy i przekrzywił głowę. I tak stał dłuższy czas, policzkiem dotykając lewego ramienia, zdziwiła się, że nie wydaje żadnego dźwięku, no ale nawet gdyby wydawał, i tak by nie wiedziała, bo ludzkie ucho harcownika nie słyszy, przypomniała sobie.
Nagle coś z tyłu trąciło ją w nogę. Tuż nad kolanem zimny, mokry dotyk.
– Spokojnie.
Zdążyła usłyszeć głos ojca, a potem wszystko odpłynęło i gdyby nie podtrzymał jej ramieniem, z pewnością by upadła. Lecz trwało to tylko chwilę; serce wciąż tłukło jak szalone, lecz strach już ustępował miejsca ciekawości. Zresztą, czego ma się bać, skoro jest z ojcem, a on ani drgnie na widok łaciatego, czarno–białego cielska, które przytupuje na krótkich, grubych jak pniaki łapach, trzęsie łbem, przypominającym kubiczną skrzynię; a spod uchylonego wieka błyszczą dwa rzędy rekinich kłów.
– Kto by się tam wilka bał, wilka bał... – zanucił Uttamar; jedną ręką mocno obejmował Sandrę, drugą tarmosił zwierzę
między krótkimi, szpiczastymi uszami. – Tato, skąd on się tu wziął? Czy on tu mieszka, w tej fabryce? – W podziemiach. One się ciągną kilometrami. Pod rzeką, pod kanałem. Jeszcze przed pierwszą wojną je zbudowano jako schrony dla wojska. A podpiwniczenie fabryki jest z nimi połączone. Co, Gabryś, masz sobie gdzie pobiegać, prawda? – Zwierzę przekręca się na plecy i pozwala drapać po brzuchu, łapy kręcą młynka w powietrzu, migają czarne racice, z przednich wysuwają się nagle szpony jak u drapieżnego ptaka. –Ale w ogóle to biedny jest, wiesz. Miał brata, Antosia, z którym przez sześć lat razem buszowali, a właśnie miesiąc temu Antoś zdechł. No nic, nic, pan oczywiście znowu oszukał, żaden harcownik nie wołał. Uciekaj do siebie! Wilk posłusznie drepcze w kąt hali i znika w wybitej w podłodze dziurze. – Tato, czy jeśli tak samo jak ty zamknę oczy i przekrzywię głowę, to Gabryś do mnie przyjdzie? Sandra wie, że to na pewno nie wystarczy, ale co szkodzi udać głuptaska; ojciec też facet, a faceci uwielbiają tłumaczyć, wyjaśniać, tacy mądrzy się wtedy czują. – Rzecz nie polega na zamykaniu oczu, lecz na tym, co sobie wyobrażam. – A co sobie wyobrażasz, tato? – spytała; spodobał jej się rozmarzony uśmiech, który zobaczyła w odpowiedzi. – Prerię, noc, wysoką trawę, w której przemykają harcowniki. Pamiętam dobrze, jak wspólnie czatowaliśmy przy szosie, ja na ciężarówki, a one na swoją zdobycz. I tak z nudów, żeby czas się nie dłużył, zacząłem snuć fantazje, że jestem jednym z nich. Wstępowałem myślami w ich ciało, mój mózg stawał się ich mózgiem. I po miesiącach takich ćwiczeń odnalazłem w sobie ten głos, zew harcownika, którym przywołuje stado. Przez chwilę miała wrażenie, że stalowe drzwi otworzą się na widok, który opisał, bo duszą była teraz z nim, w jego opowieści – na prerii, w nocy. I poczuła żal, że wyszli zwyczajnie przed fabrykę. – O małej Ter gadają, że jest wilczą córką – rzekł Uttamar– Nie wiem, ile w tym prawdy, ale fakt, że jej matka często łaziła do podziemi. Była trochę niespełna rozumu.
– Tato, ale przecież wilk i kobieta nie mogą...
– Niby nie. Tylko jak z drugiej strony wytłumaczysz, że zaszła w ciążę. Bo ręczę ci, że żaden mężczyzna nie chciałby z nią tego robić.
– Jak to? Myślałam, że była twoją żoną...
– Oszalałaś? Sandro, to była najbrzydsza kobieta na świecie. Połączenie dinozaura, kozy i papugi.
– Tato, nie mów tak. To niesympatyczne.
– Tylko niestety prawdziwe. Dobrze, zostawmy sprawę jej urody. Zwłaszcza że jak mówią, każda potwora znajdzie swego amatora. No i kogoś tam mama Ter znalazła. I to w podziemiach. Bo stamtąd po kilku miesiącach wyszła z brzuchem.
– Może jakiegoś włóczęgę?
– Może. Ale ja wtedy hodowałem aż sześć wilków, więc raczej żaden włóczęga na dłużej tam nie zagościł.
– Czekaj, a jej nie zjadły? To też jakieś nielogiczne. – Prawda? Same zagadki. I już się nie dowiemy, jak było, bo mama Ter zmarła przy porodzie. A ja dziewczynkę adoptowałem. – Spojrzał na zegarek. – Twoje podopieczne dopiero za godzinę wracają ze szkoły. Może w tym czasie zjesz u mnie obiad? Lubisz kaczkę z jabłkami?
– Jezu, tato, rozpieszczasz mnie!
– Trudno. Tyle lat cię nie miałem, to trochę muszę. I przytulił; a Sandra pomyślała, że nie może być złym człowiekiem, skoro zaopiekował się małą Ter. Już nic nie broniło go pokochać.