– Zabiję! Zatłukę! – powtarzał Uttamar, sadząc kroki tak długie, że Sandra ledwie za nim nadążała. – Tato, spokojnie – zaklinała go, z trudem łapiąc oddech. Miała wrażenie, że jest wielkim, rozjuszonym psem, który ciągnąc ją na smyczy, ruszył za kotem. Budynek szkolny, jak rzadko co na Wyspie, był rzeczywiście szkolnym budynkiem. Za czasów Van Kralla mieściła się tam szkoła dla dzieci robotników. Przeszli przez boisko rojne grającymi w kosza wyrostkami, a potem przez wielki hol z globusem, zegarem i popiersiem Kopernika. Na samym jego końcu w łukowo sklepionej niszy stała prostopadłościenna bryła, przysłonięta szczelnie płachtą czarnego sukna. Uttamar zerwał ją gniewnym ruchem i – Sandra stanęła jak wryta.
Pod suknem znajdowała się – wielkości metra kubicznego druciana klatka, w niej zaś siedziała skulona mała dziewczynka. Ta sama, która ugryzła Kingę. – Gdzie jest woźna?! – ryknął Uttamar, aż echo odpowiedziało gdzieś na piętrze. I niebawem z głębi korytarza, szurając kapciami, przyczłapała stara, gruba kobieta. Z jej ust niczym knebel wystawała kajzerka, którą żuchwa i grdyka rozpaczliwie próbowały zmóc. –Już, już, ati–pash. – Po brodzie sypały się okruchy, w ręce dźwięczały klucze. Zgrzytnął zamek i w tej samej chwili dziewczynka, podbijając głową druciane wieko, podniosła się do pozycji pionowej. I natychmiast jak rakieta poszybowała w górę, uniesiona przez Uttamara za włosy. Parskająca, wierzgająca, skojarzyła się Sandrze z harcownikiem.
Odwróciła wzrok i najchętniej zatkałaby jeszcze uszy, bo każdy krzyk Ter to było wspomnienie jej bólu; na szczęście zadzwoniła komórka w kieszeni Uttamara, więc przerwał bicie.
– Dobrze, jasne. Czekajcie na mnie. Będę za pół godziny. Puścił małą i pospiesznie przewlekał pas przez patki spodni.
– Muszę jechać, Sandro. Odprowadź ją do domu i niech do rana nie wychodzi z sypialni. Wpadnę jeszcze do ciebie wieczorem.
Była zaskoczona czułością, z jaką objął ją i pocałował w policzek. I gdyby nie to, że przed chwilą bił przy niej Ter, poczułaby się naprawdę szczęśliwa. Bo przecież spełniał się sen – największe, najskrytsze pragnienie – mieć ojca, który kocha.
– Chodź! – wzięła małą za rękę; zauważyła, że ma suche oczy, bo przecież była moreno i nie znała łez. Lecz niczym jest płacz w porównaniu z zaciętą, wściekłą, bezgłośną rozpaczą, która malowała się na twarzyczce Ter, zdając się przepalać jej duszę.
– Posłuchaj – powiedziała, gdy oddaliły się już nieco od szkoły. – Ja też, gdy byłam w twoim wieku, ugryzłam koleżankę z klasy. Bo można poczuć do kogoś taką złość. I dlatego potrafię zrozumieć, że... – Kto ty w ogóle jesteś? – przerwała jej gwałtownie. – Nowa żona ojca? – Nie. Jestem twoją siostrą przyrodnią. Mam na imię... – Jesteś pandshu. Pamiętam cię, jak włóczyłaś się po Wyspie z drugą białą. – Tak, to moja przyjaciółka. Ją też ugryzłaś, choć nie zrobiła ci nic złego.- Sandrze wyświetliło się w pamięci tamto zdarzenie i już nie współczuła Ter; bardzo dobrze, że Uttamar ją zlał. Należało się za Kingę. Szkoda, że mu komórka zaraz zadzwoniła. – Nie jesteś żadną moją siostrą – usłyszała nagle cichy, ale stanowczy głos. – Bo ja tu nie mam rodzeństwa, rozumiesz? A moim ojcem nie jest Uttamar. – Tak? A kto, jeśli nie on...
Ter podniosła na nią oczy, w których pełgał dziwny czerwony blask. Marszcząc nos i górną wargę, odsłoniła nie zęby, lecz kły. – Wilk– szczeknęła. - Wiesz – powiedziała Sandra – jesteś bardzo głupią dziewczynką. A gdybyś w szkole uważała na lekcjach zamiast gryźć koleżanki i nauczycieli, wiedziałabyś, że wilk nie może mieć dziecka z kobietą. Ter milczała i gdy doszły na miejsce, okazało się, że Sandra wcale nie musi zaganiać jej do sypialni, jako że sama natychmiast tam poszła, obrażona na cały świat i siostry. A one nawet na nią nie spojrzały – zbite w ciasną gromadkę, siedziały w kucki na dywanie przed telewizorem i pokładając się ze śmiechu, oglądały skecz o safandule, który nie potrafił wykonywać najprostszych czynności domowych, za co żona, herod–baba, ganiała go z wałkiem. Wcisnęła się między nie i dołączyła swój śmiech. Potem wspólnie zajęły się przygotowaniem kolacji, i tak przełamały się lody. Panna z dredami miała na imię Eva, laleczka – Miriam, a jeszcze była Lila, Beata, Luiza, Vloletta; wszystkich imion od razu nie potrafiła spamiętać. – A ty miałaś już męża? – spytała któraś przy stole; inne zgromiły ją. – Chyba głupia jesteś! Nie słyszałaś, co patr mówił, że ona mieszkała z pandshus, a u nich jest inaczej. – Ja bym też tak chciała – rozmarzyła się Eva. – Jak mi się chłopak podoba, normalnie iść z nim do łóżka bez tych wszystkich korowodów z podarkami dla ojca. – No, mów tak jeszcze, a takie baty dostaniesz, że przez tydzień nie usiądziesz. – Jasne, Viola. Jak mnie zakablujesz u starego. – Nie muszę kablować. Zapomniałaś, że Sandra jest naszą wychowawczynią? Tak samo ma prawo dać ci lanie. – – Sandra, będziesz nas biła? – spytała Miriam. W pierwszym odruchu chciała gwałtownie zaprzeczyć, lecz spojrzawszy w ich szelmowskie oblicza, zrozumiała, że byłby to błąd. – Z byle powodu nie. Ale jeśli któraś bardzo zasłuży, to oberwie. – Wiedziała, że nigdy tego nie zrobi, ale niech się trochę boją. Tak będzie lepiej.
– Super jesteś! – oceniła Eva. – Zupełnie jak stary. On też tylko wtedy bije, jak się należy. Co nie, dziewczyny? Powiedzcie same, czy któraś dostała kiedyś niesprawiedliwie.
– Ja od ojca nigdy. Tylko od jej matki. – Viola palcem wskazała Miriam.
– Uważasz, że to niesprawiedliwie dostać za kradzież?– odcięła się tamta.
– Dobra, dobra. Sama też kradłaś, ale ciebie jakoś nie biła.
– I tak najgorsza była stara Beaty i Majki – wtrąciła Eva.– Wiecie co? W sumie to dobrze, że ojciec pogonił nasze mamuśki i sam przejął rządy. Bo one zawsze popierały swoje córki, i to nie było sprawiedliwe. A dla patra wszystkie jesteśmy jednakowo jego dzieciaki, co nie?
Cała gromadka się z nią zgodziła.
– I Sandra też będzie sprawiedliwa – dodała Miriam.– Bo po co miałaby którąś wywyższać. Każda dla niej taka sama siostra, czy ja, czy ty, czy Beata...
– Aha, dziewczyny. – Eva potoczyła po wszystkich wzrokiem. – Umawiamy się: Sandrze żadna nie kradnie. W porządku?
– W porządku – odrzekły zgodnym chórem, acz bez entuzjazmu.
A Miriam zaczęła się niespokojnie wiercić na krześle. I nie wiedziała, gdzie oczy podziać...
– Daj mi lanie – szepnęła do Sandry. – Naprawdę zasłużyłam.
– Coś jej ukradła?! – wrzasnęła Eva. – Gadaj!
Blondyneczka, zamiast odpowiedzieć, wstała od stołu i krokiem zbitego psa poszła na górę do sypialni. W martwej ciszy słychać było tylko, jak drewniane stopnie skrzypią pod drobnymi stopami. A po chwili zaskrzypiały powtórnie, jakby żałośniej, gdy schodziła. Z pochyloną głową zbliżyła się do Sandry i anemicznym, kapitulanckim gestem położyła na jej kolanach pończochy i czerwony koronkowy pas.
– Jak poszłaś z patrem do szkoły, zajrzałam do twojej torby i... – Głos się załamał, podbródek zadrżał i gdyby nie byłamoreno, z czarnych oczu na pewno trysnęłyby łzy. – No, kochana, nie wymigasz się od batów. – Eva uśmiechnęła się z triumfem. – Co nie, Sandra, że się nie wymiga? – Spokojnie, dziewczyny. Sama się przyznała, więc nie będę jej karać.
Jaka ulga, że jest sensowny powód, który może im podać! Inaczej już na starcie runąłby jej autorytet. Bo przecież w życiu nie uderzyłaby tej małej. I wszystkie by się zorientowały, że czczymi pogróżkami sypie. – Dlaczego to zrobiłaś, Miriam? Miriam milczy. – A może nie chcesz mówić przy dziewczynach? To chodź, pogadamy na zewnątrz.
Idą na podwórze. Już zmierzch. Na niebie zapalają się gwiazdy. Krzew bzu, który rozsiadł się pod murem baraku, pachnie jak szalony. – To jeszcze tajemnica – szepcze Miriam. – Ale dowiedziałam się, że w sobotę pierwszy raz idę za mąż. Robert–Pash już dał patrowi podarek, a on przyjął. – I chciałaś seksownie wyglądać? – No. Tak jak na tych zdjęciach w pismach, co faceci oglądają. Sandra czuje dziwny, nieznany skurcz serca; obejmuje dziewczynę. Swoją siostrę. – Boże, ile ty masz lat, Miriam? – Piętnaście. W zeszłym tygodniu skończyłam i Robert–Pash zaraz pobiegł do patra i... –A nie myślisz, że warto poczekać? Naprawdę tak kochasz tego faceta? – Czy go kocham? Sandra! Ja go ubóstwiam. Ty wiesz, jaki to wojownik! W City podczas akcji sam jeden wystrzelał sześciu od Gonzalesa. Rada rozważa, czy go nie zrobić Ati –Pashem. Kiedy idzie przez Osadę, to wszystkie dziewczyny normalnie...
– Oj, Miriam, jaka ty jeszcze jesteś głupiutka. Obruszyła się.
– Czemu tak mówisz? A sama ile miałaś lat, jak pierwszy raz...
– Bo ja druga głupiutka. Dobra, pożyczę ci te pończczochy. Patrzą na nią rozanielone oczy.
– I pas też?
Sandra otacza ją ramieniem; wracają do środka. Siostry coś z ożywieniem szeptały między sobą, lecz przerywają na ich widok.
– Dobra, dziewczyny. Dwudziesta pierwsza trzydzieści. Do łazienki i lulu.
– Już? – jęknęła Beata.
– A co? Przecież patr kazał, żebyście o dziesiątej były w łóżkach.
Robi sobie kawę, a one jeszcze chwilę chichoczą pod prysznicami, a potem grzecznie, rządkiem, w nocnych koszulkach idą do sypialni. Po drodze każda całuje ją w policzek i bierze z półki swoją przytulankę.
Ostatnie skrzypnięcie schodów, cisza. Sandra wyciąga z torebki komórkę.
– Wreszcie mam wolną chwilę, Kinga. I powiem ci, że dziwne to wszystko, ale mnie wciąga... - Z detalami opowiada, co zdarzyło się od poprzedniego telefonu. Dopiero pukanie do drzwi przerywa relację.
– Muszę kończyć. Właśnie przyszedł B–52... Masz pozdrowienia od Kingi. Mojej przyjaciółki, co wtedy ze mną była... Też cię pozdrawia. Dobra, Kinga, jutro zadzwonię, a może wyrwę się na parę godzin, to się gdzieś na kawce spotkamy. Ucałuj Piotrusia. Już za wami tęsknię. Strasznie. Nawet nie wiesz jak. Pa.
– Też mam kumpla pandshu – mówi B–52. – Niektórzy pandshus są w porządku. I jak, położyłaś już siostrzyczki spać? Ja braciszków też. To co, może przejdziemy się nad kanał trochę pooddychać świeżym powietrzem?
– Nie wiem. Patr mówił, że wpadnie wieczorem. – Sandra bardzo chce, żeby Uttamar jeszcze do niej przyszedł. Choćby tylko powiedzieć „dobranoc".
– Oj, nie spodziewaj się go za bardzo. Ważną naradę mają i Clly Negocjacje z Gonzalesem. Po takiej masakrze, jak mu zrobiliśmy, to na pewno odda teraz z pięć ulic. – Ale... ale patrowi nic nie grozi na tych negocjacjach? – Żartujesz! Co ma grozić. Teraz to nam wszyscy tak się kłaniają w pas.– I B–52 zgina się ze śmiechem wpół.
– Ciszej. Dziewczynki mi pobudzisz – upomina go Sandra.– No dobrze, to chodźmy na spacer, braciszku. – I mówiąc to słowo, szczypie go pieszczotliwie w brzuch. Dziwne uczucie, nagle dostać od losu brata. I to jeszcze takiego ogromnego, co ledwie przeszedł przez drzwi.
– Powiedz mi, czy jak pytałam wtedy o patra, ty już wiedziałeś, kim jestem? – pyta go nad kanałem. W szuwarach żaby zdzierają gardła. Po wodzie paciorkiem świateł przesuwa się tramwaj rzeczny.
–Żebym tak na sto procent wiedział, to nie. Ale domyślałem się. Bo patr nieraz wspominał, że ma córkę w Ultra Montana.|Więc jak cię spytałem, skąd jesteś, a ty powiedziałaś, że z Villa Valentia, zaraz mi się skojarzyło. No, ale on siedział wtedy w Kanadzie, a bez jego zgody... – A zadzwonić nie mogłeś? – Pewnie, że zadzwoniłem. Jeszcze z promu, jak żeście mi machały. A on mi mówi: nic nie rób, wrócę, to się wszystkim zajmę. – I zajął się. Jezu, wiesz, jak mnie wystraszył! Najpierw tych dwóch łebków, co za mną jeździli, a potem... – Sprawdzał cię. To normalne. Chodziło, czy nie bierzesz dragów. – A jakbym brała, to co?
Szeroka twarz B–52 spochmurniała tam na wysokości. Głuche westchnięcie posłyszała z góry. – Oj, nie byłoby dobrze. U nas się tego nie toleruje; za pierwszym razem, jak przyłapią na wąchaniu albo paleniu, jest bicie, l to takie, że nie ma zmiłuj. Nawet wolę nie opowiadać. Kiedyś widziałem, to mi się potem po nocach śniło, a wiesz, że mimozowaty nie jestem. No, a jeśli to nie pomoże i dzieciak drugi raz złapie się za prochy...
– To co wtedy? Przecież chyba nie...
– Niestety tak. Ciężary do nóg i do kanału.
– Boże! I własne dziecko też by utopił?
– Ćpun to już nie jest jego dziecko. Tak uważa. Dobra, Sandro, pogadajmy o czymś weselszym.
– Wiesz, jakoś tąpnął mi nastrój po tym, co powiedziałeś. B–52 zagrzmiał śmiechem, aż żaby struchlałe ucichły.
– Zaraz ci się poprawi, siostrzyczko. Pomyśl o dyskotece. Pojutrze będzie imprezka na placu. Sami najlepsi didżeje. Jak chcesz, możesz zaprosić swoich białych. Wiesz, że włos im z głowy nie spadnie.
Lecz myśl Sandry nie potrafiła odbić od tamtych strasznych słów. Jak kociaka topi. Boże, ona nawet kociaka by nie utopiła, a Uttamar... I to jeszcze facet, który sam żyje z narkotyków. Chyba po prostu musi być dwóch Uttamarow. Jeden – który ją dzisiaj pocałował. Jak ojciec córkę. Pierwszy raz w życiu dostała taki pocałunek. I Uttamar drugi, inny, co robi te wszystkie straszne, niezrozumiałe rzeczy.
Kątem oka dostrzegła jakiś cień przemykający koło leżących nad kanałem łódek.
– Hej, Rudi–Pash, nie kryj się przed nami – huknął B–52 w kierunku cienia. – Czyżbyś całkiem oślepł, że mnie nie poznajesz?
Zza wywróconego do góry dnem kadłuba niepewnie wypełzł chudy, drobny mężczyzna w okularach. – Poznajcie się. To jest Rudi, a to moja siostra, Sandra. Wyciągnęła się ku niej szczupła, koścista dłoń. – Och, nawet i moje ślepe oczy widzą, żeś niepospolitej urody, wadżh. Lękam się, czy marzenia o tobie nie zakłócą mi dziś snu. – Rudi ma trzydzieści pięć lat i nigdy jeszcze nie miał żony – wyjaśnił B–52.
–Boże, dlaczego? – zdziwiła się Sandra. – Czyżbyś nie lubił dziewczyn? – Przeciwnie, wadżh. Serce moje wypełnione jest miłością do tej, która zgodziłaby się złączyć ze mną los. – Dziwne. Jak możesz kochać kogoś, kogo jeszcze nie znasz? – Wcale nie dziwne. Pokocham każdą, której nie będę wstrętny. Nie musi być ładna. Nie musi być zgrabna. Nawet nie musi być dobra, byle tylko...
– Nie rozumiem cię, pash. Może nie jesteś superprzystojny, ale też nie masz powodów uważać się za odrażającego. Ręczę ci, że znacznie brzydsi od ciebie znajdują chętne dziewczęta. – Ach, nie pocieszaj mnie czczymi frazesami. Może gdzie indziej, na przykład u białych, jest tak, jak powiadasz. Lecz nie tu. Nie na Wyspie. –A może nie stać cię na podarek? – próbowała dociec Sandra. Rudi uśmiechnął się gorzko. – Z tym nie byłoby problemu. Gram na saksofonie w najlepszych klubach w Polis i zarabiam masę forsy. Tylko nikt, żaden pash, nie przyjmie ode mnie podarku. – Coś podobnego! B–52, czy on mówi prawdę? Bo mi się wierzyć nie chce, żeby na całej Wyspie, gdzie tylu pazernych ojców, żaden nie skusił się na... – Niestety, siostrzyczko. To prawda. A wiesz czemu? Bo on nie jest wojownikiem. I nigdy nie był, gdyż od urodzenia ma słaby wzrok i nie potrafi strzelać. – Więc widzisz, wadżh, że w niczym niezafałszowany obraz sytuacji mej żałosnej nakreśliłem. Do słów brata twego dodam tylko, że nie sama ślepota mnie dyskredytuje, lecz w równym przynajmniej stopniu brak bojowego ducha. Cóż, do saksofonu snadź się narodziłem, a nie do uzi czy kałasznikowa.
– Wiesz, moja przyjaciółka bardzo słabo widzi, a mimo to jest najwspanialszą osobą, jaką znam. Nie ma drugiej takiej na całym świecie.
– Och, wadżh. Od waszej płci o wiele mniej się wymaga. Nie musicie walczyć z wrogiem. Nie spoczywa na was obowiązek obrony rodzinnego gniazda. A jakiż patr powierzy córkę swoją i wnuki komuś, kto nie tylko nie trafi napastnika ale jeszcze, o zgrozo, boi się huku wystrzału?
– To może z białą dziewczyną spróbuj szczęścia. Co nie, B–52? Jak na Wyspie ma taki problem, niech szuka w Polis. Chyba dobrze radzę. Skoro chłopak elegancko gra na saksie, panny przychodzą, słuchają, może którejś zawróci w głowie. Dziewczyny są wrażliwe na muzykę. Pamiętam sama, że kiedyś nie chciałam z takim jednym gościem, ale jak mi puścił w szoferce stare kawałki Sinatry...
– Oj, życia ty nie znasz – westchnął Rudi. – Mówisz: przychodzą panny, słuchają. I to prawda, ale na tym się kończy. Młode damy z bogatych domów, bo takie tylko bywają w klubach, w których gram, nie oddadzą serca ni ciała saksofoniście, a zwłaszcza gdy jest to moreno.
– A kelnerki? Barmanki?
– Również zadzierają nosa. Mają kochanków z forsą i na co im taki jak ja.
– A szatniarka? A babcia klozetowa? Też się wywyższają? Rudi, opamiętaj się! Sam mówiłeś, że ci obojętne, jaka ona będzie, byle...
– W szatni zatrudniają mężczyznę – odrzekł grobowym głosem. – A pani obsługująca toaletę zmarła w zeszłym roku i... Nic, idę na spoczynek. Dziękuję, piękna wadżh, żeś tyle uwagi poświęciła strapieniom moim. Bywaj, B–52, poczciwy wielkoludzie.
– Boże, jak mu pomóc? – zafrasowała się Sandra po odejściu Rudiego. – Pomyśl, może jednak istnieje jakieś rozwiązanie. – Nie wiem, siostrzyczko. Radziłem mu burdele, to powiedział, że się brzydzi. – Oszalałeś? Przecież jemu nie chodzi o seks, tylko o drugie serce, które by obok niego zabiło. Czekaj, zadzwonię do Kingi. Może u niej na uczelni jest jakaś biedna, samotna studentka.
Okazało się, że były dwie, lecz jedna już znalazła narzeczonego, druga zaś po próbie samobójczej przebywa w szpitalu psychiatrycznym. – Nic, trudno. Tak tylko spytałam. I zaczęły rozmawiać o czym innym, a Sandra, patrząc przez rzekę w stronę centrum, znów strasznie zatęskniła za Kingą, Piotrem i domem.