Rzeczywiście tak było. Z cmentarzyska lalek przeszli do jego willi, gdzie przy kominku zrobił jej drinka i wyżalił się na kłopoty z dziećmi. I nie tylko z dziećmi, bólu głowy przysparzały mu bowiem także ich matki w liczbie dwunastu.
– Przez cały ostatni rok, kiedy się ukrywałem, rodzina całkiem się rozprzęgła. Można powiedzieć, Sandro, myszy harcują, gdy kota nie czują. Dzieciarnia biegała samopas po Wyspie, a nawet wypuszczała się za most, choć przecież nasz król osobiście ułożył się z burmistrzem i komendantem policji, że linią podziału są kanał i rzeka, i po drugiej stronie nie będzie żadnych akcji. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co wyrabiały moje córki. Uwierzysz, że pod moją nieobecność aż trzydzieści razy wychodziły za mąż? I myślisz, że obejrzały oczy moje choć jeden podarek? Gdzież tam! Wszystko wzięły ich matki.
Drink był mocny; usączywszy kilka niewielkich łyków, Sandra poczuła się rozluźniona i ośmielona. – Tato, czy ja również muszę cię pytać o zgodę, jeśli spodoba mi się jakiś Człowiek i będę chciała spędzić z nim noc? – Oczywiście – odparł wyraźnie zdziwiony, że kwestia w ogóle wymaga wyjaśnień. – Jesteś najstarszą i najładniejszą z moich córek, szczególnie więc muszę mieć kontrolę nad twymi zamążpójściami. Nie mówiąc już, że za ciebie byle jakim podarkiem się nie zadowolę. Ostatnie zdanie bardzo ją zaciekawiło. – To znaczy, co by ci ten pash musiał ofiarować? – Córki nie powinny pytać o takie rzeczy. – Uttamar niezadowolony zmarszczył brwi; alkohol wszakże i oczy Sandry zrobiły swoje, i mars szybko ustąpił z czoła. – Powiem ci jednak, że nawet za najkrótsze małżeństwo z tobą oczekiwałbym samochodu dobrej marki. – Jak to? Za jedną noc? I dla kogoś tyle bym była warta? Odruchowo spojrzała w wiszące na ścianie wielkie lustro w ornamentowanej ramie; ledwie powstrzymała się, by trochę się nie poprzeglądać. Tym bardziej że rano, wyjeżdżając z Kingą, nie zdążyła dokładnie obejrzeć, jak leży na niej nowa, czarna plisowana spódniczka. – Pewnie że za noc. Za dłuższe małżeństwo musiałby mi restaurację kupić albo klub dyskotekowy. I to nie gdziekolwiek, tylko w samym City. – Wiem już, że nie powinnam pytać, ale tak dla porównania, powiedz mi, co bierzesz, gdy inne córki wydajesz za mąż? – Zależy które. Nie wszystkie niestety podobają się mężczyznom. – No ale za te najładniejsze. Co dostałeś? Też samochód? – Jaki samochód? Najwyżej, o, ten skórzany płaszcz, w którym wczoraj byłem, albo komputer. Tak, najczęściej komputery wciskają, to daję chłopakom, bo mi na co?
A Sandra już przed lustrem. Okręca się, przegina, kręci biodrami, odgarnia włosy. Uttamar nie potrafi powstrzymać uśmiechu; żałuje, że nie ma przy sobie kamery, boby ją sfilmował. Najładniejszą, najwdzięczniejszą ze wszystkich córek. Zrodzoną z najpiękniejszej kobiety, jaką znał. I najbardziej podłej. Jakież niewyobrażalne męki wymyślał dla niej, siedząc w więzieniu! A teraz po latach stoi przed nim dziewczyna, najpewniej poczęta właśnie w tamtą noc, noc judaszową. Ma wiotką figurę Dolores i jej migdałowe, rozmarzone oczy, co zapewniały o miłości i oddaniu, gdy za oknem już czaili się żandarmi. A stopy jej roztańczone w czarnych pantoflach, tak bardzo podobne do drobnych, misternych stóp matki, które lubił pieścić. A potem jedna z nich, prawa, wyrokiem Rady miała być przed śmiercią odcięta za to, że odkopnęła wtedy obrzyn. I tak by się stało, gdyby nie Sandra. Która ruchem Dolores przeciąga się teraz przed lustrem. Jaka jest? W Carthaginie nie wydała Ludzi. Ale czy to znaczy, że już można jej ufać?
– Tato. – W myśli Uttamara kontrapunktem wchodzi głos córki. – A jeśli jakiś stary bogaty dziad kupi ci samochód, to każesz mi z nim iść do łóżka?
Żachnął się.
– Uważasz mnie za sutenera? Wiadomo, że zawsze liczę się z wolą córki. Co do ciebie, Sandro, mam zresztą zupełnie wyjątkowe plany. Kiedyś ci o nich powiem.
Zignorował jej błagalne, przymilne spojrzenie; jasne, że chciałaby już teraz wiedzieć, ale przecież dopiero od wczoraj ją zna i wie, że o wiele za wcześnie na taką rozmowę.
– A tymczasem, jako najstarsza, zajmiesz się wychowaniem dziewczynek. Zabrałem je matkom i zgromadziłem pod jednym dachem. To kara za samowolę, jakiej się dopuściły pod moją nieobecność. A w drugim pomieszczeniu siedzą chłopcy, którymi zajmuje się B–52. Chyba go znasz? To twój najstarszy brat przyrodni, w pierwszym tygodniu pobytu na Wyspie go spłodziłem. Dopij, Sandro, drinka i pójdziemy tam.
Dziewczynki, jak się okazało, były skoszarowane w należącym do kompleksu fabrycznego budynku dawnego magazynu, który z zewnątrz wyglądał na obskurny barak, w środku jednak urządzony został zupełnie przyzwoicie. Na dole znajdowała się przestronna świetlica ze ścianami w jasnej boazerii i półkami uginającymi się od lalek, pluszowych przytulanek oraz wszelkich kosmetyków, a także bardzo duża łazienka w różowe kafelki z siedmioma kabinami prysznicowymi. Na pięterku panienki miały sypialnie, każda osobną, oddzieloną przepierzeniem z płyt gipsowych. – A gdzie one są? – spytała Sandra, jedynie bowiem ostry zapach dezodorantów świadczył o istnieniu lokatorek tego domu. – Jak to gdzie? W szkole. Myślałaś, że my tu na Wyspie nie kształcimy dzieci? No więc kształcimy, i to, jak widzisz, na-wet w lato, kiedy pandshus robią swoim bachorom wakacje. – Uttamar spojrzał na zegarek. – Oj, coś się spóźniają chyba. Podejrzewam, że znowu wystają z chłopakami na placu. Jak nie wrócą za dziesięć minut, trzeba będzie dać po łapach. – Ty się tym, patr, zajmiesz. Ja nie zamierzam bić moich sióstr. Już to skoszarowanie jej się nie spodobało, a co dopiero jakieś kary cielesne. Sama całe życie była wolna jak ptak, niech więc nikt, nawet ojciec, nie wymaga, żeby innym ograniczała swobodę. – Mówisz tak, Sandro, bo ich nie znasz. A to jest trzynaście dzikich zwierzaków. I bez trzcinki sobie z nimi nie poradzisz, uwierz mi. Ledwie wyrzekł te słowa, gdy drzwi rozwarły się jak pod ciosem huraganu; okamgnienie – i świetlica zapełniła się tuzinem wielobarwnych główek, uszminkowanych, rozgadanych ust, dwudziestoma czterema chudymi nogami, śmigającymi z klekotem wysokich obcasów lub ciężkim waleniem buciorów.
– Uwaga! Ojciec! – wrzasnęła wysoka pannica z końską twarzą i granatowo–czerwonymi dredami.
W trwożnej ciszy stadko nagle znalazło się pod ścianą, przywierając do niej niczym płaskorzeźba.
– Ano ojciec. W rzeczy samej. – Uttamar patrzył na córki spod zmrużonych powiek i Sandra miała wrażenie, że słyszy, jak ich serca łomoczą ze strachu; szybko jednak spojrzenie złagodniało, a nawet nabrało ciepła. – Tak się gapicie i pewnie zastanawiacie, co to za dziewczynę przyprowadziłem. A to jest wasza najstarsza siostra. Urodziła się i mieszkała w Ultra Montana, i dopiero wczoraj się spotkaliśmy. Ma na imię Sandra.
– Patr! Przecież to biała! – wyrwało się platynowej laleczce z różowymi pasemkami; i w tej samej sekundzie, piszcząc ze strachu, schowała się za plecy sióstr.
Uttamar wszakże nie zamierzał jej karcić.
– Jej matka była biała – wyjaśnił spokojnie. – A według prawa córka Człowieka i białej jest wadżh.
Wolnym krokiem, z rękami na plecach, przespacerował się przed rzędem swoich pociech; nagle stanął i spojrzał na nie tak, że się skuliły.
– I macie ją szanować, i słuchać się jej we wszystkim, bo od dziś będzie się wami opiekowała. Jeśli coś każe zrobić, to tak, jakbym ja kazał. A jeśli zabroni czegoś, to jakbym ja zabronił. Rozumiecie?
– Rozumiemy, patr – odpowiedział wylękniony chór. Uttamar porozumiewawczo mrugnął do Sandry.
– Dobrze. W takim razie powiedzcie mi jeszcze, gdzie jest mała Ter? Na pewno znowu pogryzła koleżanki i nauczycielka zamknęła ją w...
– Nie, patr. Dziś nie pogryzła żadnej dziewczynki – powiedziała ta z dredami.
Sandra dostrzegła na twarzy ojca wyraz ulgi. – Znakomicie. Czemu zatem nie wróciła ze szkoły? – No bo nauczycielka... – Co nauczycielka? – Zamknęła ją – odezwała się z tyłu laleczka. – Nic nie rozumiem. Nie pogryzła żadnej dziewczynki, więc czemu została zamknięta? Córki patrzą po sobie; spojrzeniami delegują laleczkę. Jak już zaczęłaś, to kończ – zdają się mówić ich oczy. Ta głośno przełyka ślinę, chwilę zbiera się na odwagę. – Bo... ona dzisiaj... ona, patr... pogryzła nauczycielkę.