Na Wyspie, odc.3 Piątek, 23 Marca, 2007
Witold Horwath
 
Morenos istotnie odnieśli się do Kingi z pełną kurtuazją, Uttamar pocałował w rękę i zapewnił o wdzięczności i życzliwości, jak również, że nie myśli zakazywać córce kontaktu z białą przyjaciółką. Nie mogła jedynie odprowadzić Sandry za mur fabryki, za którym podobno mieściły się wille starszyzny i gdzie pandshus nie mieli wstępu.
– Posłuchaj, robimy tak: pomieszkam tu z nim miesiąc albo dwa, a potem poproszę o to złoto i kupujemy dom.
Stały przed żelazną furtką, która Kindze skojarzyła się z wejściem do więzienia; czuła, że Sandrze nie jest łatwo rozstać się z nią i w gruncie rzeczy się boi. Uttamar dyskretnie odsunął się na bok i patrzył na nie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Potem raz jeszcze podziękował, prosił o przekazanie ukłonów Doktorowi; na koniec przywołał jakiegoś draba i kazał mu odwieźć Kingę do akademika.
I tam, wróciwszy z wykładów, Piotr zastał ją na tapczanie. Nieruchomo wpatrzoną w sufit. Obok leżała książka Bishopa, otwarta na dedykacji Sandry.
– Misia, nie rozpaczaj tak. – Usiadł przy niej i bardziej z potrzeby serca niż przekonania o skuteczności pogłaskał po policzku; na opuszkach poczuł wilgoć łez. – Po prostu musisz się pogodzić, że z Coluną stale będą kłopoty. Nie wzięłaś na wychowanie grzecznej dziewczynki, tylko małe, półdzikie...
– Piotr! Ty nie widziałeś tej przeklętej Wyspy! To zupełnie osobny świat. I on ją wchłonie. Zobaczysz! Omami złotem, pieniędzmi. Zniszczy w niej całą wrażliwość.
Osterhoff podsunął Kindze papierosy; zapalili oboje.
– Wiesz, misia, nie chciałem tego nigdy wcześniej mówić, lecz mam wrażenie, że trochę idealizujesz Colunę. Oczywiście, to miła i dobra dziewczyna, ale... podejrzewam, że na White Island jest wiele takich. Bo przecież nie wszyscy morenos to mordercy, a nawet i mordercy miewają normalne córki, par exemple monsieur Uttamar.
– On jest jak postać z westernu. – Kinga uśmiecha się przez łzy. – Mogę go sobie doskonale wyobrazić, jak wypadał na koniu zza drzew, galopował obok ciężarówki, a potem skakał z siodła na stopnie szoferki i lufą colta rozbijał szybę. Niestety, zło, które czyni dzisiaj, nie ma już w sobie nic romantycznego.
– To prawda. I jak pamiętasz, ja pierwszy wczoraj zwróciłem Colunie na to uwagę. Ale dziś skłonny jestem myśleć, że jeśli z tego zła może wyniknąć jakieś choć minimalne dobro, to właśnie... to właśnie, Kingo, tak się stało. Bo skoro Uttamar rzeczywiście zapewni jej godziwy byt...
– Czyli obwiesi złotem i wprowadzi w krąg kryminalistów!
– Wiem jedno, mało jest na świecie ludzi tak skrzywdzonych przez los, jak ona. I uważam, że należy jej się rekompensata. Niechby nawet tylko materialna. Bo przecież, Kingo, my jej tego nie zapewnimy. Najwyżej możemy troszeczkę rozwinąć ją umysłowo i liczyć, że wyjdzie za mąż za kogoś z pieniędzmi i mieszkaniem. Oho! Chyba właśnie masz relację z pierwszych godzin na Wyspie. – Piotr podaje Kindze dzwoniący telefon z wyświetlonym numerem Sandry.

Miała co opowiadać. Przecież ledwie weszła za furtkę, zaczęły się strasznie dziwne i ciekawe rzeczy. Choćby już to że z zewnątrz wyglądało, jakby mur okalał ruinę jakąś, od ognia poczerniałe ściany z cegły i ziejące pustką dziury okien, podczas gdy w środku – okazało się – stoją wille z białego marmuru, kilkanaście miniaturowych mauretańskich zameczków z wieżyczkami jak świece, zwieńczonymi płomieniem złotej, iluminującej blachy.
- Domy starszyzny – objaśnił Uttamar. – Tylko Wielcy Ludzie mają prawo mieszkać na terenie fabryki.
– Czemu nie rozbierzecie tej rudery? – spytała, wskazując szczątki hal i kominów. – Byłoby więcej miejsca na te ładne domki.
Ojciec spojrzał z wyraźną przyganą.
– Jesteś tu pierwszy raz, a więc nie wiesz, co mówisz. Wypowiedziałaś jednak okropne bluźnierstwo. Widzisz, fabryka jest dla pashos miejscem świętym. Centrum, a zarazem kolebką naszej Osady na Wyspie. To w niej oddajemy cześć Ati–Ishowi. W niej również ma siedzibę nasz król.
– Tam? – Sandra z niedowierzaniem spojrzała na szczątki murów; na ich koronie niby chorągwie powiewały rachityczne krzaki posiane przez wiatr.
– Tak. Są tam dwie hale. W tej bliżej nas mieści się świątynia. A w drugiej mieszka król. To znaczy oczywiście nie w samej hali, ale w chacie, którą tam kazał wznieść. Całą ze złota. Niejeden rząd nie ma w swym skarbcu tylu sztab, ile poszło na budowę.
– Pójdziemy tam, patr?– Sandra z wrażenia chwyciła ojca za rękę, jakby chciała pociągnąć go w stronę fabryki. – Tak strasznie chcę to zobaczyć!
Roześmiał się.
– O nie, czanya. Do chaty króla, a nawet do samej hali, wstęp mają wyłącznie Wielcy Ludzie. A i to tylko wtedy, gdy zostaną wezwani. Ale coś innego ci pokażę. Chodź!
Za rzędem willi aż do zamykającego perspektywę muru ciągnął się brukowany plac; na środku Sandra zobaczyła wysoki na kilka metrów kopiec usypany z... Aż cofnęła się z przerażenia, widząc stertę rączek, nóżek, główek i tułowi.
– Nie bój się! – uspokoił Uttamar. – To tylko lalki.
Nim zdążył dopowiedzieć, sama zorientowała się, że różowe ciałka są sztuczne – z plastiku, gumy, jakiejś masy. Lecz mimo to nadal czuła lekki dreszcz ni to lęku, ni to obrzydzenia. Wolno podeszła i schyliwszy się, podniosła pierwszą z brzegu – dziewczynkę z platynowymi włosami bez nóg; spod czarnych, zawiniętych rzęs patrzyły na Sandrę porcelitowe niebieskie oczy.
– Jest twoja – powiedział Uttamar. – Poszukaj tylko nóżek. Na pewno któreś będą pasowały.
– Dziękuję, patr. – Nie chciała robić mu przykrości. – To wspaniały prezent, ale... ja już nie bawię się lalkami.
– Prawda – westchnął. – Zapomniałem, że wyrosłaś wsród białych. Bo każda Kobieta ma swoją lalkę. Całe życie, a po śmierci są chowane razem, w jednej trumnie.
– Bardzo piękny zwyczaj – powiedziała grzecznie. – Wytłumacz mi tylko, czemu one leżą pod gołym niebem. Przecież deszcz na pewno im szkodzi. O, zobacz, co się tej zrobiło z włoskami. – Wzięła ze sterty i podsunęła mu przed oczy jedną z główek; po czarnych kędziorach pełzła zielono–biała pleśń.
– To lalki Van Kralla – objaśnił Uttamar. – Tak nazywał się właściciel tej fabryki. Do wybuchu drugiej wojny światowej doskonale prosperował. Każda dziewczynka w Federacji bawiła się jego lalkami, a oprócz tego eksportował do Europy. Niestety, przyszły potem gorsze czasy i musiał zwolnić część robotników, a opuszczone przez nich domy na White Island magistrat przeznaczył dla morenos. I w taki to sposób znaleźliśmy się na Wyspie. Chyba jednak nie sądzisz, że Ludzie tolerowali obok siebie jakiegoś pandshu, w dodatku zadzierającego nosa fabrykanta. Trzy razy posyłaliśmy do niego emisariuszy, proponując wywłaszczenie za odszkodowaniem, ale potraktował ich jak pętaków. Dziwne, bo przecież interes szedł mu coraz gorzej, a co więcej, nikt już nie chciał u niego pracować. Robotnicy, którzy tu mieszkali, wynieśli się i zostawili nam domy, a dojeżdżać na Wyspę mało kto się kwapił. No to poszliśmy do Van Kralla po raz czwarty i tłumaczymy jak dziecku, żeby się nie upierał, bo przecież chyba widzi, co się dzieje, że pracownicy uciekli, a barki z dostawami jedna po drugiej psują się lub wręcz idą na dno. Byliśmy honorowi. Zaproponowaliśmy pięć funtów. Żeby miał na taksówkę z przystani do centrum. Ale to jakiś desperat był. Zaczął straszyć rządem i policją. A kiedy żadna policja nie przyjechała, wyciągnął pistolet i powiedział, że zabije i nas, i siebie. Rozumiesz? Taki hardy. A lat miał chyba już siedemdziesiąt albo lepiej. No to Ludzie rozbroili dziadka i za karę, że się stawiał, kazali mu spalić fabrykę. Sam taszczył baniaki z benzyną, sam polewał i rzucał zapałki. A jak już się nieborak zmęczył, dla ochłody wykąpało się go w kanale. Niestety, pływać nie umiał.
Patr! – Sandra patrzy na ojca z niedowierzaniem. – Przecież to obrzydliwe! Jak można tak pastwić się nad starcem!
W oczach Uttamara nie mniejsze zdumienie.
– To był nasz wróg. Naprawdę mu współczujesz?
– A coś myślał?! Po nocach mi się to będzie śniło. Patr, czy ty też... Czy ty też brałeś w tym udział?
– Ależ skąd, Sandro! Oczywiście, że nie. To było jeszcze, zanim przyszedłem na świat. Zresztą, być może, ta historia nie jest do końca prawdziwa. Założyciele naszej Osady to dzielni wojownicy, ale czasem lubią koloryzować. Idę o zakład, że nie zastali wtedy Van Kralla, więc spalili fabrykę, a do kanału wrzucili jego kukłę.
– Dobra, tato. Może inne twoje córki są kompletnie głupie, ale nie ja...
Co miał jej powiedzieć? Krążyło najmniej dziesięć wersji, lecz on świadomie wybrał tę najbardziej drastyczną. Bo chciał sprawdzić, jak zareaguje. Gdyby miała duszę moreno, nie okazałaby krzty litości dla fabrykanta. Ale niestety – to pandshus ją ukształtowali, a najbardziej matka. Ta, co zdradziecko wydała go żandarmom i którą tylko urodzenie Sandry wybawiło od śmierci; stokroć gorszej niż Van Kralla.
Nie wierzyła za grosz, że to była kukła, a jednak poczuła ulgę – nie Uttamar to zrobił, nie jej ojciec. Jasne, to zbójnik, gangster, ale do takiej podłości by się nie posunął.
Zauważył, że już innym wzrokiem na niego patrzy. Objął ją ramieniem.
– No cóż, jesteś moją najstarszą córką, więc powinnaś być najmądrzejsza.
Uśmiechnęła się.
– A dużo ich masz?

– Ile? – Kinga miała wrażenie, że się przesłyszała.
– Dwadzieścia sześć – powtórzyła Sandra. – Część już na stałe wydana za mąż. A oprócz tego piętnastu synów. Pamiętasz B–52? Tego wielkiego, co przyszedł nam z pomocą. No to właśnie jeden z moich braci. Ale lepszą rzecz ci powiem: cała ta hałastra, która nas napadła, to moje rodzeństwo.
– Ta dziewczynka, co mnie ugryzła, też?
– Tak. To mała Ter. Ma na imię Teresa, ale wymawia tylko pierwszą sylabę. W taki sposób, jakby warczała, co nie?
– Wszelki duch Pana Boga chwali!
– Czekaj, Kinga, to jeszcze nie wszystko. Tylko, błagam, nie spadnij z krzesła.
– Spokojnie. Leżę na tapczanie. Mów.
– No więc mój tata przed chwilą mianował mnie ich wychowawczynią.
Źródło Ultra Montana. W.A.B. 2005.
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
STRONA GŁOWNA
O autorze
Aktualności
Recenzje
Komentarze czytelników
Komentarze autora
 
Galeria
Wywiady
Linki
Zamówienie
Kontakt
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. W OBRONIE PRZEŚLADOWANEGO TWÓRCY KULTURY I WYBITNEGO NAUCZYCIELA
2. Recenzje Ogrodu Luizy
3. Tekst nigdy nie publikowany
4. Serdeczne życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
5. Najważniejsza jest fabuła
6. Muszę zaprotestować
7. Ptakon
8. Nie taki ja niewinny
9. Ultra Montana
10. Ogród Luizy -recenzja z serwisu internetowego Polityki
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Wydawnictwo Jirafa Roja
Xenna Moja Miłość
   
Analiza oglšdalności witryny