Na Wyspie, odc.2 Czwartek, 22 Marca, 2007
Fragment powieści "Ultra Montana"
Witold Horwath
 
– Boże, co się z tobą działo? – Kinga widzi jednak, że to wszystko składa się u niej na radość; jasne, uciec oprawcom jest szczęściem, lecz to nie to... A co? Oboje z Piotrem z napięciem wpatrują się w jej usta; jeszcze kilka głębokich oddechów i... – już rozumieją, dlaczego nie odbierała telefonu. W takiej wrzawie myśli i uczuć po prostu nie słyszała, że coś tam piszczy w torebce.

– Czemu się boisz? Przecież sama mnie szukałaś – powiedział, gdy skuliła się, uczepiona barierki.
– Zwariował pan? Ja pana w ogóle nie znam!
– Wiem. Ale pytałaś o mnie. Na początku października. Na White Island. Pamiętasz?
Wtedy dopiero zauważyła, że zmyliły ją na blond ufarbowane włosy; ten facet jest moreno. Ten facet jest...
– Uttamar Ati–Pash? – Przyspieszone tętno było jak uderzenie wichru, własne słowa zagłuszało.
– Musiałem wtedy wyjechać z Polis na dłużej. – Przyjrzał jej się uważnie, podnosząc na czoło przeciwsłoneczne okulary; zrozumiała w tym momencie matkę, mało która dziewczyna oparłaby się spojrzeniu jego jak smoła czarnych, zawadiackich oczu. – A więc to ty jesteś córką dróżniczki z Villa – powiedział cichym, rozmarzonym głosem, dokładnie takim, jaki kobiety uwielbiają; lecz który jednak ma zapewne także swój zimny, brutalny rewers, błyskawicznie podszepnęła intuicja.
– Tak. Pashos z Osady opowiedzieli mi o tobie, i dlatego przyjechałam.
– Na pewno jesteś wadżh? Z twarzy wyglądasz, ale czy Upshal–Pash cię napoił?
Dziwnie zabrzmiały takie słowa w wielkim mieście, przed wejściem do metra.
– Dał mi wody. I to niejeden raz. Jeśli nie wierzysz, poddam się próbie na White Island. Na pewno macie tam źródło.
Uttamar uśmiechnął się.
– Nawet dwa. Ale one już dawno przestały odróżniać Ludzi. Za dużo pandshus się kręci po Wyspie. A nawet kolorowi zaczęli ostatnio przychodzić. Wszystko przez te burdele – westchnął.
Chciała powiedzieć, że nikt im nie każe ich prowadzić; morenos w Villa nie zajmują się takimi rzeczami, i może właśnie dlatego mają wodę z Upshal–Pash na wyłączność. Uttamar odgadł jej myśli.
– Tu są duże pieniądze, Sandro. Naprawdę duże. Ale powiem ci z ręką na sercu: o wiele lepiej czułem się na prerii.
Tam jednak nie miał jaguara za setki tysięcy funtów, od którego złotem pokrytej karoserii blask bił, aż oczy zmrużyła; jadąc, spostrzegła, że inne auta ustępowały im drogi jak pędzącej na sygnale straży pożarnej. A gdy stanęli przed jedną z najdroższych restauracji przy bulwarach, natychmiast ze środka wybiegło dwóch kelnerów i w ukłonach wskazało miejsce do zaparkowania. Pierwszy raz była w takim lokalu, i w innym wypadku głupio i nieswojo czułaby się pośród ludzi z dużo wyższej półki; lecz nie z nim, nie w towarzystwie Uttamara, który miał tam swój stolik, obrzucany ukradkowymi spojrzeniami gości, trochę zaciekawionych, a bardziej przestraszonych.
– A więc Jan i Matheo opowiedzieli ci o wszystkim? – spytał po odejściu kelnera. Sandra nieśmiało zamówiła pstrąga, Fred bowiem łowił pstrągi w Rio Serpiente; reszta nazw w karcie nic jej nie mówiła.
– Tak, ati–pash. Byłam wstrząśnięta tym, w jaki sposób moja matka...
– Uratowałaś ją. Miała już wyrok śmierci, ale do Rady dotarła wieść, że nosi w swym łonie dziecko. A ponieważ mogło być moje, pozwoliliśmy jej urodzić i wychować. Ale nie mów do mnie ati–pash , jestem twój patr.
– Wiesz, po nocach mi się śniło, że się spotkamy i tak się do ciebie zwrócę.
– Szkoda, że nie było mnie wtedy na Wyspie. Poznalibyśmy się wcześniej. Niestety, nowy burmistrz Polis uwziął się na mnie, i musiałem na czas jakiś wyjechać.
– Dziwne, że nikt cię nie znał. Tylu pashos pytałam...
– Byłaś obca. A obcym niczego się nie mówi. Też się musisz tego nauczyć, jeśli chcesz być prawdziwą wadżh. A myślę, że będziesz, skoro potrafisz zachować się tak wspaniale, jak w Carthaginie.
– Słyszałeś o tym? Boże, przed wami naprawdę nic się nie ukryje!
– Theodor–Pash, jak każdy Człowiek, ma obowiązek składać raporty Radzie. Starszyzna wyznaczyła mu tysiąc funtów grzywny za to, że nie wyciągnął cię z łap Guardia Civil. – W oczach Uttamara spostrzegła troskę. – Wiem też, że zostałaś wychłostana i byłaś bliska śmierci. Powiedz tej białej dziewczynie i jej dziadkowi, że zaskarbili sobie życzliwość Ludzi.

– Czyli możesz, Kinga, nawet w środku nocy przyjechać na Wyspę i nikt cię nie tknie palcem! – W tym momencie dociera do Sandry, że kawałek pizzy, który bezwiednie ułamała i którym gestykulowała przez pół opowieści, jest zupełnie zimny. – Boże, a wyście tu czekali na mnie i denerwowali się. I nasza pizza stygła, a ja obżerałam się pstrągiem. Przepraszam! Kinga, Piotruś, nie gniewajcie się, ale...
– Cóż, pizzę istotnie należałoby wstawić do mikrofalówki. – Osterhoff wstaje z krzesła i robi to; żadne z nich nie podziela radości Sandry, Kinga za nic ma przywilej nocnych wizyt na White Island, nie wiedzą jednak, co powiedzieć.
– Pamiętasz, jak w Hacjendzie rozmawiałyśmy o tym złocie? No wiesz, że go poproszę o pięć kilo i sobie kupimy dom. To teraz wiem, że mogę nawet poprosić o dziesięć. Dwa razy tyle miał na sobie – jeden łańcuch na szyi, dwa na rękach, na palcach trzy pierścienie i sygnet, i jeszcze zegarek!
– No i jaguar pięknie pozłacany – westchnęła Kinga.
- Caluteńki! Mówię ci, lśnił niczym klejnot w słońcu!
– Ale masz świadomość, Coluna, jakie jest źródło tego bogactwa? – Osterhoff nie wytrzymał; zignorował ostrzegawcze spojrzenie Kingi.
– Jezu, Piotruś, pewnie, że mam. Myślisz, że jestem jakaś głupia? I też mi się to nie podoba. Ale co mam zrobić? On już taki jest. W Ultra Montana był zbójnikiem, tu musi być gangsterem. Logiczne, nie?
– W rzeczy samej, bezwarunkowa implikacja. – Osterhoff rozstawia na stole trzy talerze. – Jak cię znam, Coluna, mimo pstrąga pizzą nie pogardzisz?
– Pewnie, że nie. Boże, jacy kochani jesteście! W ogóle to ja miałam zamówić. Bo wiecie, że jestem w siódmej klasie? Zaliczył mi matmę. – Sandra wodzi po nich oczami, które świecą jak jaguar Uttamara; i nagle potrącając Piotra, który omal nie upuszcza pizzy, rzuca się Kindze na szyję. – Dziękuję ci, dziękuję... że pojechałaś tam wtedy ze mną. Widzisz, było warto. Jednak prawdę mówili w Osadzie. I ja cały czas czułam, że on tam mieszka. Mój ojciec. Rozumiesz, Kinga? Mój ojciec!
Źródło Ultra Montana. W.A.B. 2005.
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
STRONA GŁOWNA
O autorze
Aktualności
Recenzje
Komentarze czytelników
Komentarze autora
 
Galeria
Wywiady
Linki
Zamówienie
Kontakt
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. W OBRONIE PRZEŚLADOWANEGO TWÓRCY KULTURY I WYBITNEGO NAUCZYCIELA
2. Recenzje Ogrodu Luizy
3. Tekst nigdy nie publikowany
4. Serdeczne życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
5. Najważniejsza jest fabuła
6. Muszę zaprotestować
7. Ptakon
8. Nie taki ja niewinny
9. Ultra Montana
10. Ogród Luizy -recenzja z serwisu internetowego Polityki
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Wydawnictwo Jirafa Roja
Xenna Moja Miłość
   
Analiza oglšdalności witryny