Była dwudziesta trzecia trzydzieści, gdy przed Sandrą rozwarły się drzwi świątyni. Specjalnie tak obliczono, by punkt kulminacyjny zbiegł się z wybiciem północy. Wprowadzona za rękę przez ojca ujrzała kolisty pokój z czarnymi jak nocne niebo ścianami i bezlikiem maleńkich żarówek, które świeciły z nich niby gwiazdy. Pośrodku, miotając oślepiające refleksy, wirował wokół swej osi masywny obelisk ze srebra, gęsto inkrustowany bursztynem i girlandą ciężkich, złotych łańcuchów opleciony. Na jego szczycie tkwiło popiersie o czterech, za obrotem słupa, zmieniających się obliczach – to pogodnych, to znów zagniewanych; w oczodołach twarzy płonęły czerwone i zielone żarówki, a z rozchylonych ust dobywało się ciche, wibrujące buczenie, jakby w górze przelatywał samolot. To jest właśnie Ati–Ish, domyśliła się Sandra; ich bóg, w którego od dzisiaj sama ma wierzyć i cześć mu oddawać.
W ścianie musiała być szczelina, czarna i nieodcinająca się od tła, której nie spostrzegła, dopóki czterech mężczyzn nie wymaszerowało z niej gęsiego; trzech w ciemnych garniturach, jak jej ojciec, ten na końcu zaś w płaszczu z lamparciej skóry i z bawolimi rogami na głowie. I właśnie on pewnym krokiem mistrza ceremonii podszedł do obelisku i schyliwszy się, coś odkręcił, nacisnął, a wtedy buczenie popiersia ścichło, a z podłogi przed stopami Sandry jak klomb czerwonych róż wyrosły nagle płomienie. Cofnęła się, by nie poparzyć palców; ojciec uspokajającym gestem objął ją na chwilę. W tym czasie po drugiej stronie ognia panowie ustawili się według wzrostu; środkowy trzymał podchwytem złotą skrzynkę.
– Witaj, Wielki Człowieku, Uttamarze. – Mężczyzna w skórze lamparta skłonił się, nachylając rogi. Sandra spostrzegła, że ma inteligentną, kulturalną twarz; z wyglądu mógłby być młodym profesorem uniwersytetu.
– Witaj, Święty Kapłanie, namiestniku Przedwiecznego Ati–Isha – odparł ojciec, oddając ukłon.
Rogi kołysały się, a oczy wędrowały po niej.
– Czy to jest, Sandra, córka twoja, którą przyprowadziłeś, iżby przysięgę złożyła?
– Tak – potwierdził Uttamar. – Oto ona.
Kapłan przymknął powieki i chwilę mamrotał coś pod nosem; a potem przestąpiwszy płomienie, podszedł do niej i patrząc głęboko w oczy, położył na ramieniu szczupłą, wypielęgnowaną dłoń.
– Moja Sandro – mówił cicho, lecz z wielką mocą. – Ati–Ish, jak ci wiadomo, stworzył Ludzi i jest ich wodzem. Lecz prócz nas ziemię zamieszkują inne istoty dwunożne, białe, czarne i żółte, które same siebie również nazywają ludźmi, co jest wielkim bluźnierstwem, i już za to jedno powinny zostać wytępione. Chyba że opuszczą miasta swoje i w pustynie ujdą, by tam na czterech łapach chodzić albo jak gady pełzać, słowem, poruszać się zgodnie ze swą zwierzęcą naturą. Czy uznajesz tę prawdę, Sandro? To jakiś świr – pomyślała, przytakując ruchem głowy, bo świrom nie ma sensu się sprzeciwiać. – Potwierdź zatem przed obliczem Przedwiecznego Ati–Isha, który patrzy na nas milionem gwiazd, że należysz do stworzonego przez niego Ludzkiego rodzaju i żeś jest wadżh, czyli Kobietą, nie zaś dwunożnego zwierza samicą. – Tak. Jestem wadżh – powiedziała pewnie, bo już od roku, od rozmowy z Ludźmi z Osady, uważała się za moreno. – Człowiek to namiestnik Ati–Isha na ziemi – ciągnął kapłan. – Za życia służy w jego armii, po śmierci zaś jako szczęśliwy motyl lata po kosmicznym królestwie. Są jednak pośród Ludzi tacy, których Ati–Ish szczególną miłością obdarza, a zwą się oni Ludźmi Przysięgi. To jakby jego gwardia osobista lub lepiej powiedzieć: komandosi do zadań specjalnych. Za ich sprawą narodowy skarbiec pełen jest złota i wszelkich walut; z ich ręki padają pokotem wrogie dwunożne bestie, białe, czarne i żółte. Kocha zatem i wielbi Ludzi Sprzysiężenia każdy pash i każda wadżh, i nie zazdrości limuzyn, willi i zasobnych kont, jako że dostatki te słuszną są zapłatą za ich zasługi dla narodu. A jeszcze hojniej płaci po śmierci Ati–Ish, czyniąc im sen astralny tak pięknym i słodkim, że aż wzdychają z rozkoszy pośród gwiazd.
Sandra zaczyna się już nudzić, tak jak zawsze nudziła się w kościele, chyba że akurat chciała się o coś pomodlić; do tego boga jednak nie miała żadnych spraw, niech tylko przypilnuje, żeby naprawdę dostawała co miesiąc dwadzieścia kawałków. A z pierwszej wypłaty kupi zestaw kina domowego i taki laptop, jak mają Kinga i Piotruś, no i oczywiście buty z krokodyla i skórzane spodnie. A, i jeszcze powinna oddać tacie Kingi sto funtów, bo przecież pokrył jej debet w banku. – Powtarzaj za nim – szepcze do ucha ojciec. – Ja, Sandra–Kobieta, córka Uttamara –Wielkiego Człowieka – Facet z rogami znów po drugiej stronie ognia; głowę zadarł, ramiona rozkrzyżowane. – Ślubuję wobec Przedwiecznego Ati–Isha, jego namiestnika Świętego Kapłana i w przytomności ojca mego oraz przedstawicieli starszyzny...
Co on tak klepie? Ledwie nadąża.
– ...w przytomności ojca mego oraz przedstawicieli starszyzny.
– Że wszelkiej powierzonej mi tajemnicy dochowam, a każdy wydany rozkaz posłusznie spełnię.
Zaraz, a jak każą kogoś zabić? – myśli Sandra.
Kapłan cierpliwie czeka z przymkniętymi powiekami, jakby poza czasem i przestrzenią.
Nie, nie. Tego na pewno nie każą. Na co im śmierć tych VIP–ów? Będę od nich tylko informacje wyciągała. Nabiera w płuca powietrza:
– A każdy wydany rozkaz posłusznie spełnię.
I już. Stało się. Jest w Sprzysiężeniu. Przeszła na drugi brzeg. Od dziś nic już nie będzie takie jak dawniej. Inne życie. Inna kasa. I ona inna. Tylko jaka?
– Aby przysięga ważności nabrała, musisz teraz złożyć Ati–Ishowi ofiarę – mówi kapłan.
Środkowy pan wychodzi spomiędzy dwóch po bokach i okrążając palenisko, zbliża się do niej ze skrzynką. Podnosi wieko. Kapłan, schylając się, podkręca regulator i płomienie strzelają w górę na kilka stóp. Tylko ich szum, syk. I cisza, w której nagle ucho Sandry łowi cichutkie miauczenie. Ze skrzynki, spod uniesionego wieka.
– Śmiało – mówi mężczyzna w garniturze i podsuwa jak pudełko czekoladek.
Zanurza w skrzynce dłonie i czuje ciepło. Małe, miękkie, drżące. Boże, chyba tylko kilka tygodni ma! Niedawno na oczka przejrzał. Takie okrągłe, zdziwione. Jakby za duże na drobnym pyszczku.
– Wrzuć go w ogień! – nakazuje kapłan. Pod szarym futerkiem tak tłucze serce, jakby zrozumiał. Bardzo boi się płomieni, kuli w dłoniach Sandry, cichutko, płaczliwie miauczy.
– Zamknij oczy i zrób to! – szepcze Uttamar. – Patr. To nieludzkie. Pozwól mi go najpierw zabić. Mężczyźni patrzą po sobie. W ojcu wzbiera gniew. Lecz Święty Kapłan uśmiecha się łagodnie. – Nie ma przepisów, które określałyby ściśle sposób uśmiercania kota. Ważne jest, by ostatecznie jego ciało zostało spalone. Jeśli więc chcesz zmniejszyć zwierzęciu cierpienia, ja ze swej strony nie widzę przeszkód. – Tam w hali, zaraz za drzwiami, widziałam beczkę z wodą. Pójdę i go utopię, mogę? I nie czekając na ich odpowiedź, wybiega ze świątyni. Rzeczywiście tuż za progiem stoi metalowa kadź. Przez zakratowane okna hali sączy się światło księżyca i odbija w wodzie. Sandra przechyla się przez krawędź. Ciche, błagalne miauknięcie. – No nie, utopić też cię nie mogę – wzdycha bezradnie. Zabijała już w życiu. Kury i króliki na farmie Freda. I zawsze musiała przełamywać opór. Lecz tym razem nie potrafi. Nie umie zdobyć się na tak bezmyślne, niczemu niesłużące okrucieństwo. – Dobra, powiem, że mi uciekłeś. – Stawia kotka na parapecie. –– No już, nie ma cię! – Straszy machnięciem ręki, ale mały bardziej boi się tego, co za oknem. Nieznanego świata. Podczas gdy ją już poznał. Dotyk jej dłoni. Zaufał im. I nigdzie nie chce iść. Siedzi skulony i miauczy, by z powrotem wzięła na ręce. – Sandro! – woła ojciec. Właśnie stanął w progu. Rozgląda się – Do diabła, ile mamy czekać?! Wtedy zdejmuje kociaka z parapetu i razem kryją się za stertą złomu. Jedną, drugą, trzecią. Pełno tego w hali. Świetne miejsce na zabawę w chowanego. Dużo gorsze, by umknąć przed pięcioma facetami, którzy już wszyscy wyszli ze świątyni, a jej imię przeplata się w ich ustach z najordynarniejszymi przekleństwami. A teraz jeszcze strażnik dołączył i świeci wszędzie latarką.
Za chwilę trafi ją biały snop światła i będzie koniec. Może powinna do nich wyjść, skłamać, że kot się wymknął i musiała szukać? I co? Wiadomo, każą wrzucić w ogień. Nie, mały, nie wychodzimy. Najwyżej razem nas spalą.
Prawa ręka przyciska kota do piersi, lewa natrafia na przerwę w podłodze. I dopiero na dole dociera do Sandry, gdzie jest. To na pewno ta sama dziura, w której zniknął wtedy Gabryś.
– A może zeszła do piwnicy? – mówi ktoś tuż nad jej głową.
– Niemożliwe – słyszy głos ojca. – Pokazywałem jej wilka. Wie, że tam mieszka. Nie odważyłaby się wchodzić.
– Lepiej zajrzę. – I Sandra, nie czekając, aż w otworze ukaże się czyjś łeb, biegnie przed siebie ciemnym piwnicznym korytarzem.
Ktoś tu musiał niedawno być. Zostawił palące się świece. Schyla się po jedną. Płomień i futerko kota – jak dwie wysepki ciepła w tej lodowni. Sandra tak dygocze, że ledwie może iść. Ale dobrze, że przynajmniej ma światło. Czy płomień świecy wystarczy, by odpędzić Gabrysia? W Villa wilki uciekały przed pochodniami. Elektrycznego oświetlenia nie bały się, ale wszelkiego ognia – panicznie. Tylko co to za ogień? Ogieniek. Równie dobrze mogłaby straszyć zapalniczką.
A najgorsze, że nie wiadomo, czy jest stąd jakieś inne wyjście. Najpewniej nie ma. Przecież inaczej wilk dawno by już uciekł i grasował po mieście. Żeby chociaż drobną szczelinkę znaleźć, przez którą wypuściłaby kota. A sama jakoś sobie poradzi. Może nad ranem wróci do hali i spróbuje wydostać się przez okno. O tej porze morenos raczej śpią. Wyspa pusta, jest szansa, że niezauważona dostanie się na most.
Piwniczny korytarz nagle rozszerzył się, aż ściany uciekły poza zasięg światła. Przybywało przestrzeni po bokach, ubywało z góry. Z każdym metrem musiała schylać się niżej, aż wreszcie zaczęła się czołgać. Kolanami w szlamie, który nagle zmienił kolor, z ciemnoburego przechodząc w czerwony. Coraz intensywniejszy. A gdy sklepienie się podniosło i mogła znów iść wyprostowana, zobaczyła rozrzucone pod ścianami świeżo obgryzione kości jakiegoś dużego zwierzęcia; zrozumiała, że to jego krew tak zabarwiła błoto, że cały czas stąpa we krwi. I w tej samej chwili usłyszała głuchy pomruk, a z wnęki w murze, metr przed nią, wychynął kwadratowy monstrualny łeb. – Gabryś, spokojnie, przecież mnie znasz! – szeptała, przyciskając się do przeciwległej ściany i jak lufę pistoletu kierując na niego świecę. Rozwarła się skrzynia z kłami. – Nie! – krzyknęła, czując, że dławi się własnym głosem. Z paszczy wilka spogląda na nią Gonzales. Jego twarz zakryta wielkimi, ciemnymi okularami. Okolona wałkami dredów. Sandra biegnie, ścigając echo swego krzyku, stopami rozbryzgując krew i potykając się o kości. Wilk odprowadza ją leniwym wzrokiem, nie ma sił gonić; przeżarł się, nawet już tej głowy nie jest w stanie zjeść, tak sobie tylko obraca w pysku. I dopiero gwałtowny ból w piersiach przerywa ucieczkę. Wszystko wiruje. Sandra siada pod ścianą; świeca zgasła, nie wie więc, czy to ciemność piwnicy, czy – koniec przyszedł. I nagle ciepłe, miękkie łaskotanie na szyi. Cichutkie miauczenie. A skoro czuje i słyszy, znaczy, że jest. Żyje. Oboje żyją. I trzeba się ratować. Tylko jak? Teraz bez świecy nie widzi własnej ręki. Choć oko wykol – tak czarno. Mimo to jednak wstaje. Nogi jak z waty. Nic, kilka kroków zrobi i będzie lepiej. Mięśnie się rozruszają. Tylko właściwie dokąd iść? Przed siebie? A może w jakiś boczny korytarz, bo kilka już widziała po drodze. W każdym razie na pewno nie wracać, bo tam ten przeklęty wilk. Wtem obok, jakby ze ściany, dziwny odgłos. Znajomy. Ni gwizd, ni zgrzyt. Sandra przykłada ucho do wilgotnych, obślizgłych cegieł. Wspina się na palce. Twarz owiewa podmuch ciepłego powietrza. Palce natrafiają na otwór w murze. W środku metal, a więc to jakaś rura; i z niej, jak z tuby, niesie się, teraz już bardzo wyraźnie go słyszy, dźwięk, z jakim rusza i hamuje na stacji metro.
Zagląda – i albo coś się niedobrego dzieje z oczami, albo naprawdę widzi tam światełka.
– Gdybyś był mądrzejszy, posłałabym cię na zwiady – szepcze do kotka. – A tak muszę sama.
Smutne miauknięcie; jakby przepraszał.
– Tylko nigdzie mi nie ucieknij. – Wkłada go w wylot rury; stopami i dłońmi szuka występów w ścianie, czegoś, czego można się chwycić, na czym podciągnąć. Okrągłe zielono–żółte oczka śledzą jej rozpaczliwe próby, bo tak samo jak tam w hali nigdzie nie poszedł. Czeka na nią. Jest przecież jej.
– Dlaczego nie mam takich pazurów jak ty – wzdycha Sandra; gdyby spotkała w tym momencie złotą rybkę, pierwsza rzecz poprosiłaby o przemianę w kota.
Jakby odgadł jej myśli – protestuje rozpaczliwym, przeciągłym piskiem. Nie, nie rób tego, dwa koty przepadną tu z kretesem; cała nadzieja w tym, że jesteś człowiekiem.
Przebrzmiało miauczenie i Sandra widzi, że oprócz jego oczu jeszcze czyjeś inne błyskają z ciemności, jakby nagle zapaliły się czerwone żaróweczki na ścianie, metr dalej.
I metr niżej. Gdzie taka sama rura. Piszcząc, ucieka nią to coś, co wyjrzało zaniepokojone miauczeniem kota.
Pięć minut później George D. Henderson ma serce w gardle i zimny pot na skroniach. Wariatka, samobójczyni –przelatuje mu przez myśl. Wgniata w pulpit dźwignię hamulca i zaciska powieki. Ogłuszający zgrzyt, szarpnięcie aż wyrzuca z fotela. Za drzwiami kabiny krzyk pasażerów. Pociąg nieruchomieje. Henderson z lękiem otwiera oczy. Zjawa w krótkiej białej koszulce stoi w światłach reflektorów. Metr przed zderzakiem. – Idiotko, złaź z torów! – wrzeszczy na nią, otwierając drzwi. Cholera, ledwo uszła śmierci pod kołami, a teraz zabije ją prąd. – Jedziesz do City?– pyta dziewczyna swobodnym tonem autostopowiczki. Dopiero teraz Henderson spostrzegł, że trzyma na ręku małego szarego kotka.
– Myślicie, że to wszystko przydarzyło jej się naprawdę?– pyta profesor Bogomołow. Kinga i Piotr lepiej ją znają, niech więc powiedzą, co robić dalej; bo rola internisty już skończona – podał dwie aspiryny i środek nasenny, a reszta nie do jego specjalności należy.
Osterhoff nalewa teściowi kawy, a kotu mleka na spodek. – Chyba jutro pierwszy raz nie uczczę mojej mamy – wzdycha.
Kingę trochę denerwują te jego mleczne poranne toasty za zdrowie kobiety, która niczym sobie na to nie zasłużyła; przynajmniej sądząc z tego, co opowiadał o swoim dzieciństwie. – Misiu, tata cię o coś pytał. – No cóż, opowieść Coluny rzeczywiście zawiera pierwiastki baśniowe i oniryczne, lecz mimo to dziwnie spokojny jestem o stan jej władz umysłowych. Dawno temu, jeszcze w Santiago, powiedziałem jej, że jeśli na świecie wybuchnie kiedyś epidemia schizofrenii, to ona i tak zwariuje jako ostatnia. Kinga wstaje od stołu; idzie do pokoju Sandry. Tak jak w tamtą straszną noc w Hacjendzie, nachyla się nad jej łóżkiem i słucha oddechu. Lecz tym razem nic złego się nie dzieje. Oddech równy, spokojny. Czoło chłodne. – Ale masz ze mną cyrki – mówi Sandra jakby przez sen. I nie jest pewna, czy to tylko się śni, czy naprawdę usłyszała, że jutro ma urodziny, i coś o torcie; Jezu, wiadomo, że woli czekoladowy, ale jak możliwe, że zapomniała o własnej osiemnastce? No tak, tyle rzeczy się przecież działo... – I ręka Sandry z niepokojem wędruje po pościeli, szuka czegoś. – Kinga, gdzie jest mój kot?
– Nigdzie cię nie puścimy – powiedział rano Piotr.
Mówił w imieniu obojga, chociaż Kinga milczała, porażona myślą, że przypuszczenia ojca mogły być jednak trafne Bo wytworem chorego umysłu wydał jej się przepojony lękiem monolog, który przed chwilą wygłosiła, nie tknąwszy śniadania – o Uttamarze, który topi własne dzieci, jeśli złamią Prawo, i Radzie ferującej okrutne wyroki na zdrajców.
– Muszę tam wrócić – zakończyła Sandra. – Inaczej oni przyjdą po mnie, a wtedy wy też będziecie narażeni. Boże, ja nie chcę, żeby wam się coś stało!
Potem jednak, w miarę wchodzenia w dzień, tak jakby jego światło odpędzało koszmar, powoli się uspokajała. I tylko przy obiedzie westchnęła nagle.
– Nigdzie już nie ma dla mnie miejsca. W Ultra Montana ściga mnie twoja matka, w Polis mój ojciec. Chyba ucieknę gdzieś do dżungli albo na biegun. Ej, Piotruś, na którymi biegunie żyją pingwiny?
Ale do Europy można by na miesiąc wyjechać – myśli Osterhoff, wracając z cukierni z zamówionym tortem. – Zrobiliby sobie wakacje we troje gdzieś na Krecie lub Cyprze. A w tym czasie ten Uttamar może się udobrucha, zapomni, w końcu na pewno masę innych spraw ma na głowie. W przeciwieństwie do Kingi, która nie wierzy w realność niebezpieczeństwa, on – czarno to wszystko widzi. I grozą wieje mu od Wyspy, od tego kuriozalnego faszystowskie państewka, co wydało wojnę całej ludzkości. A do czego zdolny jest fanatyzm i szowinizm, jemu, prawnukowi profesora Osterhoffa, tłumaczyć nie trzeba... Więc taszcząc pudło z tortem, rozgląda się uważnie – czy już nie czekają aby akademikiem; w samochodzie z ciemnymi szybami albo na motorach w kaskach kryjących twarze.
O dziewiątej wieczorem Sandra zdmuchnęła osiemnaście świeczek; Piotr, Kinga i jej ojciec zaczęli bić brawo, i nagle w oklaski wdarł się dzwonek do drzwi. – Nie otwieraj. – Bogomołow powstrzymał córkę, która już szła do przedpokoju. Podobnie jak Piotr, poważnie traktował sytuację, nawet umówił się na rozmowę z zaprzyjaźnionym komisarzem policji; dał znak wszystkim, żeby siedzieli na miejscach, a sam odważnie spojrzał prawdzie w oko wizjera. Na korytarzu stał mężczyzna w skórzanym płaszczu. Właściwie tylko sam płaszcz było widać; Bogomołow ruchem ręki przywolał Sandrę. Spojrzała i cofnęła się na środek przedpokoju.
–To on – szepnęła.
Piotr i Jonathan patrzyli na siebie bezradnie; pierwszy żałował, że nie ma pistoletu, drugi, że nie wziął go z domu. A wtedy Kinga podniosła się z krzesła, pewnym krokiem podeszła do drzwi i nim ktokolwiek zdążył jej przeszkodzić – twarzą w twarz stanęła z Uttamarem. Przez próg mierząc go lodowatym spojrzeniem. – Czego pan od niej jeszcze chce? Nie rozumie pan, że po tym, co się stało wczoraj, ona... – Wszystko rozumiem – przerwał Uttamar cichym, bezbarwnym głosem. – Przywiozłem tylko rzeczy, które zostawiła na Wyspie. I twój telefon, Sandro. – Przez ramię Kingi spojrzał na córkę i wyjął z kieszeni jej nokię. – Dziś chyba są twoje urodziny, chciałem ci życzyć... –Wejdź, patr. Nie składa się życzeń przez próg. Uśmiechnął się. – A twoja przyjaciółka mnie nie zabije? Bo pani portierka na dole mierzyła do mnie z pistoletu, wyobrażasz to sobie? Ledwie ją przekonałem, że nie mam złych zamiarów. Strasznie wojownicze i dzielne kobiety w tym akademiku. Panie profesorze – zwrócił się do Jonathana. – Cieszę się, że mam okazję podziękować za to, co pan zrobił dla Miriam. Bogomołow jest nieco skonsternowany; trochę w życiu przeszedł, nawet smak walki zna, ale pierwszy raz widzi prawdziwego gangstera. I nie bardzo wie, jak z takim gadać. – Może pan usiądzie, kawy się napije – proponuje grzecznie Osterhoff; Kinga posyła mu karcące spojrzenie. Nie chce, żeby Uttamar tu się rozsiadał. Niech zostawi tę torbę z rzeczami, złoży życzenia i się wynosi.
– Nie, nie. Nie będę państwu zabierał czasu. Mam niewiele do powiedzenia i mogę zrobić to tu, na stojąco, w przedpokoju. – Znów się uśmiechnął; a potem uważnym spojrzeniem swych ciemnych dzikich oczu powiódł po ich twarzach, tak jakby starał się na długo je zapamiętać.
– Nie pasujemy do siebie, Sandro – rzekł cicho. – I nie ma sensu dłużej udawać, że jesteśmy rodziną, bo twoja prawdziwa rodzina jest tu. – Wskazał Kingę, Piotra i Jonathana. – To dobrzy padshus, sprawiedliwi i na pewno wychowają cię na porządną białą dziewczynę. Pamiętaj, że masz się ich słuchać i szanować. Pana profesora traktować jak patra, a tych dwoje jak starsze rodzeństwo. Zrozumiałaś? I jeszcze jedno. Co prawda nie jesteś już z Wyspy, ale jeśli dowiem się, że coś bierzesz albo popalasz, to... wiesz, co będzie.
Sandra w milczeniu skinęła głową, a Kinga, widząc jego wyraz twarzy, przypomniała sobie przerażającą opowieść o utopieniu pasierba i w tym momencie dała jej wiarę.
Uttamar sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, wyjął kopertę i podał Jonathanowi.
– Tu, panie profesorze, jest sześć tysięcy funtów. Niech pan będzie łaskaw założyć jej lokatę długoterminową. Za kilka lat te pieniądze mogą jej się przydać, a dziś roztrwoniłaby na głupstwa. Twoje bransoletki i łańcuszki są w torbie – rzekł do Sandry – i proponuję, żebyś również zdeponowała je u pana profesora.
I nagle uśmiechnął się do wszystkich. – Wybaczcie, że spłodziłem wam taki kłopot. – Wyciągnął rękę i odgarnął córce włosy z czoła.
A potem, jakby coś mu się przypomniało, spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Wilczym tunelem uciekłaś z Wyspy, tak?
Milczała, ale przez te kilka tygodni nauczył się czytać Sandrze z oczu.
Nikt nie wierzył, że się odważyła. Do rana szukali jej w fabryce. A jednak okazało się, moja krew – myślał, zjeżdżając windą. A na dole bardzo grzecznie, z szacunkiem ukłonił się pani O’Brian. – Słuchajcie. – Osterhoff tymczasem wziął na ręce kota. –Skoro niebezpieczeństwo minęło, winniśmy zająć się sprawą w tym momencie najpilniejszą, a mianowicie: nadać mu imię. Ze względu na bliskie związki ze stosem proponuję, by nazywał się Morus. – Przepraszam, misiu, ale nie wiem, o jakich związkach mówisz. – A Tomasz Morus przypadkiem nie spłonął na stosie? – Przypadkiem, misiu, został ścięty. Osterhoff nie chce wierzyć, idzie do sypialni, gdzie ich biblioteka, zagląda do encyklopedii, wraca na tarczy. – Widzisz, Piotruś, Kinga więcej od ciebie umie – mówi Sandra, która nie ma pojęcia, kim był ten jakiś Morus; ale kota
rzeczywiście można tak nazwać. Śmieszne imię. Podoba jej się.