Następnego dnia, w sobotę, zaraz po obiedzie B–52 przywiózł ze szpitala Miriam. Niefortunna to była pora na jej powrót, na placu bowiem urządzano dyskotekę i dziewczynki już się szykowały. Na szczęście nie wszystkie.
– Nie martw się, Miriam. Ja też nie idę – pocieszała ją Eva, która po wczorajszym ukąszeniu Ter miała zabandażowaną nogę i utykała.
– Ani ja. – Lila pokazała spuchnięty policzek. – Posiedzimy sobie razem, obejrzymy Big Brothera, pogramy w chińczyka...
– Tak, ale wam się za tydzień zagoi, a ja już nigdy... I Miriam, skacząc na zdrowej nodze, pokicała na górę do sypialni. Dziewczyny spojrzały po sobie i westchnęły bezradnie. – Sandra, ty myślisz, że ktoś ją będzie chciał za żonę? – spytała szeptem Eva. Nie odpowiedziała. Całą uwagę skupiała teraz na komórce. Nie mogąc dodzwonić się do Rudiego, przed półgodziną wysłała mu SMS–a. I nic, cisza... Jakby się zapadł pod ziemię. A przecież trzeba obgadać sprawę, wymyśliła kilka argumentów, które mogą mu się przydać w rozmowie z ojcem, więc czemu, do diabła, wyłączył telefon? Z góry dobiega cichy krzyk Miriam. Widać znów sobie przypomniała Roberta albo widok strojących się na disco sióstr wytrącił ją z równowagi. Eva i Lila już chcą do niej biec, Sandra powstrzymuje je i sama idzie. Boi się, że robi głupstwo, ale skoro nie może się porozumieć z Rudim, musi wykonać pierwszy krok. Miriam siedzi na tapczanie oparta o ścianę, na jej kolanach miś przytula czarnowłosą lalę. Od tamtego tragicznego wieczoru przez wiele tygodni nie widziała swoich zabawek, więc teraz opowiada im szeptem, co się zdarzyło. A przez okno, od strony placu, wpadają już pierwsze dźwięki dyskoteki. Sandra przysiadła przy Miriam; ujęła łapę misia i udając niedźwiedzi pomruk, pogładziła nią jej dłoń. Wątły uśmiech na chwilę przebił się przez smutek. A w ślad za nim myśl pobiegła ku innym sprawom. – Dlaczego Ter je pogryzła? – Nie wiem. Ale więcej już tego nie zrobi. Od dziś mieszka z chłopakami i szkoli się na wojownika. – Jej też nikt nie będzie chciał za żonę. Ale przynajmniej zostanie kimś w życiu. A ja... Głośne krzyki za oknem, ryk silników, młodzi pashos popisują się na motorach. Lecz dla niej już żaden nie objedzie placu na tylnym kole, nie przeskoczy na motocyklu przez beczki. I wtem – z dna smutku jak z zaświatów dobiega pytanie Sandry: – Lubisz Rudiego?
– Jasne. – Oczy Miriam się roześmiały. – Zabawny koleś. Jak gra na saksie, to takie miny robi, że normalnie spadam z krzesła...
– A jako facet? Podoba ci się? Sandra napotyka jej zdziwiony wzrok i już zna odpowiedź. Zresztą – znała od początku.
– Bo widzisz, mała, mnie on się cholernie podoba. Tak mi zawrócił w głowie, że dosłownie wariuję. I patrz, mogłabym mieć każdego chłopaka na Wyspie, a ja, głupia, tylko do niego wzdycham.
– Poważnie? Przecież on taki mały, chudy... Chyba do ramienia ci sięga.
– Młoda jesteś, kotku, i się nie znasz. A ja już miałam kilku facetów i umiem wyczuć, z którym byłabym szczęśliwa.
– I myślisz, że z Rudim...
– Nie myślę, wiem. Ale niestety muszę o nim zapomnieć.
– Patr się pewnie nie zgadza, tak?
Miriam ożywia się, jakby oglądała brazylijski serial.
– To najmniej ważne. Gdyby tylko taka przeszkoda była, jeszcze dziś uciekłabym z Rudim do Stanów. Bo ma tam podpisany kontrakt ze sławną orkiestrą, wiesz?
–Wow!
– To znakomity jazzman. I w Ameryce na pewno zarobi straszną kasę. Ale niestety mnie tam ze sobą nie zabierze.
– Tylko nie mów mi, że kocha inną.
– A co, uważasz, że to niemożliwe?
– Daj spokój. Przecież ty jesteś miss Wyspy. Wszyscy tak mówią.
– Może dla nich, ale nie dla Rudiego.
– A co to za dziewczyna? Pewnie jakaś biała z Polis? Sandra wczuwa się w rolę; z ciężkim westchnieniem wzrusza ramionami.
– A skąd. Moreno. W dodatku moja siostra.
– Eva? On chyba na głowę upadł!
– Nie, Miriam. Inna. Taka z różowym pasemkiem. Zatrzepotały rzęsy, pierś unosi się w przyspieszonym oddechu. I wtem mała gwałtownym ruchem przytula swoje zabawki. Na zmianę misia i lalę całuje. Tak mocno, mocno, że omal ich nie zgniecie.
– Naprawdę?! Bardziej mu się podobam niż ty!? I dopiero po chwili się reflektuje. – Przepraszam, Sandra. Nie chciałam, żeby tak wyszło. Nie miałam pojęcia, że coś do niego czujesz. – Nie twoja wina, Miriam. Takie życie. Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi w Stanach. Znów szybciutki trzepot rzęs. Jakby chciała się upewnić, ze nie śni. – Jak to? Zabierze mnie do Ameryki? – Tak. Do Nowego Jorku. Za dwa dni tam leci. Miriam czuje pulsowanie w skroniach i taki skok ciśnienia, jakby już siedziała w startującym boeingu. A w tej samej chwili na dole, w świetlicy, rozbrzmiewają dźwięki saksofonu. Dziwne, bezładne, widać muzyk zupełnie pogubił się w improwizacji. – To on! – krzyczy Miriam; zrywa się z tapczanu; obie biegną na dół; Sandra na dwóch nogach szybciej, pierwsza dopada Rudiego. Musi wiedzieć, czy gadał już z ojcem. I jaki wynik. Bo jeśli zły, to tylko niepotrzebnie namieszała małej w główce. Rudi siedzi nieruchomo w fotelu, blady jak trup, oczy ma szklane, a palce somnambulicznie błądzą po przyciskach saksofonu. Eva i Lila przerwały grę w chińczyka i patrzą na niego z przestrachem. – I co? – Sandra przyklęka przy nim, zdejmuje mu dłoń z instrumentu. Miriam stoi na schodach, kurczowo ściskając poręcz, bo już odgadła, w czym rzecz i że ważą się teraz losy jej Ameryki. Rudi przestał grać. Cisza. Tylko jazgot dyskoteki w tle. – Gadaj, byłeś u patra? Ruch głowy, że tak. Był. Kropla śliny jak łza spływa po ustniku. – Nie przyjął podarku? – pyta domyślnie Sandra. Na twarzy Miriam bolesny skurcz. Eva i Lila wytrzeszczają oczy, bo też już zrozumiały, o co chodzi. – Nie przyjął – potwierdza Rudi.
Jest w takim stanie, że z trudem wydobywa z siebie głos. Ale Sandra bardziej współczuje Miriam. I wyrzuca sobie całą tę głupią manipulację. Aż dziw, że tak łatwo przemieniła w jej oczach małego chudzielca w księcia z bajki. Lecz co teraz? Co teraz robić, kiedy biedny dzieciak już się ucieszył i rozmarzył? Jak jej ma powiedzieć, że nici z Ameryki i małżeństwa?
Co ten Rudi mamrocze? Do diabła, nic nie można zrozumieć.
– Wszystko, co dla niej uczyniłem, że byłem dobry, że się opiekowałem w szpitalu. – Wyłapuje, wytężywszy słuch. – To jest podarek od ciebie, tak powiedział. I że innego nie potrzebuje. I tylko chciał wiedzieć, czy zapewnię jej godziwe życie w Stanach, więc pokazałem mu mój kontrakt.
– Zgodził się? – Miriam z wrażenia siada na stopniach.
– Tak, maleńka. I jeśli chcesz, pojutrze lecimy razem do Nowego Jorku.
– Mnie też zabierz! – krzyknęły chórem Eva z Lilą i roztrącając pionki chińczyka, przypadły do Rudiego. Jedna pieści lewe udo, druga prawe; obie miłośnie patrzą w oczy.
– Będę twoją żoną! Każdej nocy! – przekrzykują się w jednobrzmiącej przysiędze. – Naprawdę nie pożałujesz! Ale zabierz! Ja muszę zobaczyć Manhattan!
– W telewizji sobie zobaczycie! – mówi Miriam; odpycha je i siada Rudiemu na kolanach. Wtula się. Obejmuje. Z całej siły. Jakby bała się, że jeszcze się zmniejszy i samo powietrze ostanie jej się w ramionach.
– I ty, Sandra, też się od niego odczep, słyszysz? Rudi jest tylko mój!
Mały chudy człowieczek aż jęczy pod jej ciężarem.