Na Wyspie, odc.11 Sobota, 31 Marca, 2007
Witold Horwath
 
Sandra zdejmuje pantofle, biegnie ile sił w nogach, tchu złapać nie mogąc, staje w progu świetlicy. Jak wryta. Oczy przeciera. Ma wrażenie, że to halucynacja. Albo jakaś idiotyczna zabawa.
Bo to nie może się dziać naprawdę – że przywiązały Ter do fotela i rozchichotane otoczyły kręgiem; a ona ma otwarte szeroko usta, w których tkwi jakiś metal, rozpórka rozwierająca szczęki. Eva w grubych rękawiczkach trzyma ją za głowę, rękawiczki ma też B–52, który wyłania się z kuchni. W jego dłoni wiertarka; naciska spust, sprawdza obroty. Ciało związanej napręża się.
– Jestem Terrr!!! Córrrka wilka! – warczy na wiertarkę. Na kamień szlifierski, który zbliża się do jej zębów.
– Zwariowaliście? Co tu się dzieje?
Sandra rzuca się do kontaktu i wyciąga wtyczkę.
Wiertarka zamiera w wielkim łapsku B–52.
– Ty lepiej popatrz, co nam zrobiła! – Beata odwraca i unosząc spódnicę, pokazuje zaklejoną plastrem ranę, tuż pod pośladkiem. Viola ma taki sam plaster na łydce, Luiza na ramieniu, Lila aż dwa – na szyi i policzku.
– Już nie powiem, gdzie mnie dziabnęła – mówi ze złością Eva.
Krótkie, krępe ciałko wije się i szarpie w więzach. Za chwilę albo sznury pękną, albo fotel się rozleci.
– Jestem Terrr! Wilcza córrra!
– Dlaczego to zrobiłaś? Przecież one są swoje. Do tej pory gryzłaś tylko obce dzieci.
– No właśnie. – Lila z grymasem bólu dotyka ukąszonych miejsc. – Dotąd żadnej z nas nie atakowała. I dopiero dziś. Zupełnie nagle...
– A może się z nią drażniłyście? Przyznać mi się zaraz!
– A w życiu! Normalnie, w zgodzie jadłyśmy razem podwieczorek i oglądałyśmy Big Brothera.
– Najpierw się na mnie rzuciła – skarży się Viola. –Myślałam, że to takie wygłupy, ale...
– Dobra, Sandra. Nie przeszkadzaj. Nie mam za wiele czasu. – B–52 ponownie wkłada wtyczkę i zbliża wiertarkę do ust Ter.
– A ty mi się tu nie rządź, braciszku! – Sandra kopnęła przewód, aż gniazdko poruszyło się w ścianie i sypnęło iskrami.– Jest chyba jasny podział: ty masz chłopaków, ja dziewczyny. I jak się zaraz nie wyniesiesz, zadzwonię do patra!
– Ale to właśnie patr kazał – wyjaśnia Lila.
B–52 patrzy na Sandrę smutnym wzrokiem.
–Naprawdę myślałaś, że dla własnej przyjemności chcę jej spiłować zęby?
No tak, powinna się była domyślić, że bez wiedzy i zgody Uttamara nie poważyłby się przecież na coś podobnego.
– Wstrzymaj się moment, OK?
Sandra wybiega przed dom; skryta za węgłem, dzwoni do ojca. Nic widzą jej, nie słyszą, więc nawet może się poniżyć.
– Tato. Błagam cię! Jeszcze ten ostatni raz jej daruj! Nigdy cię o nic nie prosiłam! Tato! Ja teraz klęczę przed tobą! – Rzeczywiście z telefonem w dłoni pada na kolana; jakieś kolczaste zielsko przez pończochy wbija się w skórę. – Przysięgam, że ona już nigdy tego nie zrobi. Dopilnuję jej. Ani na sekundę nie będę spuszczać z oka. Ale oszczędź jej zęby. Zrozum, to jedyne, co w życiu ma. Cała jej radość.
Czuje na ramieniu czyjąś dłoń. Odwraca się przestraszona.
–Wstań, córeczko – mówi łagodnie Uttamar, chowając telefon do kieszeni płaszcza. – Choć z drugiej strony to budujący widok, że moje harde dziecko nareszcie uklękło przed ojcem.
–Jezu, tato, ty naprawdę się poruszasz jak duch.
– Lata w zbójnickim fachu czegoś uczą.
Śmieją się oboje. I jest jedna z tych chwil, które dla Sandry mogłyby trwać wiecznie. Bo chciałaby, żeby ojciec zawsze był taki. Ciepły, lekko, ale dobrodusznie ironiczny. Po prostu – ja normalny tata.
– Jestem Terrr!!! – rozlega się z okna za węgłem i Uttamar krzywi się, jakby zjadł cytrynę.
– Nic, Sandro. Idę na naradę wojenną. Powiedz B–52, żeby nie piłował jej tych przeklętych kłów.

Przez cały wieczór w głowie Sandry hulały pytania bez odpowiedzi. Czy dobrze zrobiła, wstawiając się za Ter? A jeśli znowu pogryzie siostry? Jak wtedy spojrzy w oczy – im i ojcu? Może chociaż kaganiec powinna jej z powrotem założyć? Tylko że to takie obrzydliwe. Na samą myśl robi się niedobrze.
Nic, ważniejsze, co z Miriam. Jutro z nią porozmawia. Spyta wprost, czy wyobraża sobie małżeństwo z Rudim. Bo wiadomo, że tam w Nowym Jorku będzie do tego parł, choć teraz mówi co innego. No dobrze, a jeśli mała nawet się zgodzi, bo może się zgodzić, jeśli usłyszy, że pojedzie do Stanów, to przecież i tak najważniejsze jest zdanie patra. Do diabła, jaką kolejność wybrać? Może najpierw Rudi powinien iść do ojca? Źle, że kobietom nie wolno rozmawiać o takich sprawach, bo wstawiłaby się za nim, a przynajmniej zbadała wcześniej grunt. Ale tu Prawo jest rygorystyczne, więc wie, że patr strasznie by się na nią rozgniewał.
Szkoda, że Rudi dziś koncertuje w Polis, bo jeszcze by się z nim naradziła. Nic, trzeba zadzwonić do Kingi.
Sandra idzie nad brzeg kanału, siada na łodzi i przez telefon opowiada swój kolejny dzień na Wyspie.

Rozmowa z Kingą zajęła prawie trzy godziny, dopiero więc po północy się położyła. Sen przyszedł szybko, ale płytki, taki który nie oddala od kłopotów, lecz przeciwnie – karmi się nimi. Cały czas wydawało jej się, że już jest jutro i rozmawia z Miriam, a ona płacze – choć przecież to u moreno niemożliwe – i błaga, by nie wydawać jej za starego chudzielca. A potem przychodzi Rudi, który już jest po spotkaniu z ojcem, ale jakby złośliwie nie zdradza wyniku. I wreszcie pisze kilka dziwnych słów na kartce, mówiąc, że to po grecku i niech sobie przetłumaczy. Więc Sandra oczywiście dzwoni do Kingi, ale pod jej numerem odbiera jakiś facet, który twierdzi, że Kinga wyjechała za granicę.
– Pan kłamie! Nigdzie nie wyjechała! Proszę natychmiast dać ją do telefonu!
Po czym perspektywa skraca się – widzi go, jak na wyciągnięcie ręki, wymachuje nokią Kingi, nie chce oddać, szarpią się. I nagle – przeszywający ból tuż nad kostką przerywa walkę i sen, bo to nie ten facet go zadał, ale zęby Ter, której biała nocna koszulka przemyka się właśnie przez drzwi, a bose stopy płaszczą o podłogę w pospiesznej ucieczce do sypialni.
– Ty świnio! – krzyczy Sandra, zrywając się z łóżka. Ledwie ustała, tak boli, ale bardziej niż ukąszenie poraża ją zdrada. Przecież tylko jej Ter zawdzięcza, że jeszcze ma zęby. Inne dziewczyny były za spiłowaniem. Aż im się oczka śmiały, gdy B–52 włączył wiertarkę. I za to, że obroniła, kazała rozwiązać, mała kanalia właśnie ją ugryzła.
Na korytarzu szczotka, z której zawsze wypada obluzowany kij. I bardzo dobrze, bo samego kija potrzebuje. Ter chowa się pod łóżko, Sandra dźga na oślep, spod łóżka dobiega wściekłe warczenie, jakby dziesięć złych psów tam siedziało.
– Czekaj, pomogę ci, odsunę. – Eva już jest przy niej, próbuje odepchnąć łóżko od ściany. Reszta dziewczynek tłoczy się w korytarzu, mają mord w oczach; atmosfera linczu.
– Uwaga! – krzyczy Luiza, lecz ostrzeżenie zbyt późne, bo to moment był, ułamek sekundy, i Ter już siedzi na gzymsie pod sufitem, a Eva trzyma się za kolano, jęcząc z bólu.
–Dobra, dziewczyny, na lasso ją złapiemy. – Beata wyciągnęła skądś gruby konopny powróz i próbuje zrobić z niego pętle.
– Nie, nie, mam lepszy pomysł! – Violka wybiega na korytarz i wraca z gaśnicą.
– A może zadzwonić po B–52? – proponuje nieśmiało Lila.
– Uwaga! – znów krzyczy Luiza.
I znowu za późno. Ter jak piłka zeskakuje, odbija się od podłogi i z powrotem jest pod sufitem. Z kijem od szczotki w wyszczerzonych kłach, co wyszarpnęły go z rąk Sandry. Głośne chrupnięcie i spadają na podłogę połówki kija.
– Jestem Terrr!!! Córrrka wilka! – wibruje triumfalny warkot, a dziewczynki z piskiem rzucają się do ucieczki.
Sandra stoi jak słup soli. Lecz to nie strach, nie zdumienie, lecz olśnienie.
– Terr, zejdź do mnie. Musimy pogadać.
Ironia na kwadratowej, topornej twarzy. – Złaź! – krzyczy Sandra. – Chyba mam pomysł na twoje życie!

Z willi Uttamara niosły się bełkotliwe męskie głosy, kontrapunktowane ordynarnym kobiecym chichotem. W oknach paliły się przyciemnione żarówki, a przed wejściem, na schodach, przewieszony przez poręcz, kołysał się chudy, starzec i wymiotował.
– Wiesz, boję się, że patr nas wygoni. – Ter kurczowo ściska dłoń Sandry; razem wychodzą z mroku w krąg światła; duża siostra prowadzi małą za łapę.
Torsje ustają i sędziwy mężczyzna podnosi dumnie głowę. Odziany w jasny szlafrok, kojarzy się Sandrze z rzymskim senatorem.
– Witajcie, nadobne dzierlatki, córy przyjaciela mego Uttamara – mówią jego usta przez chusteczkę, którą wytwornym gestem przyłożył do nich i obtarł. – Wybaczcie, żem w przytomności waszej słabość organizmu objawił, lecz noc nazbyt bachicznie przepędziłem. Na litość, nie wdepnijcie w to! Byłbym niepocieszony, gdyby wasze stópki się uwalały. A nie ma nic wstrętniejszego nad zwrócone jadło. Nawet, excuze le mot, odchody równej odrazy nie budzą. A wiecie czemu? Bo są naturalne, podczas gdy wymiociny, z istoty swej, stanowią produkt niejako patologiczny.
– Fu! – nie wytrzymała Ter. – Jakie ten pan gada obrzydlistwa!
– No właśnie. – Sandra spojrzała staruszkowi w zamglone oczy. – Czy pan zawsze zabawia dziewczęta takimi rozmowami? W tym momencie drzwi się otworzyły z głośnym trzaskiem i na schodkach ukazał się półnagi Uttamar.
– Ej, moje panny, co to ma znaczyć? – huknął gniewnie, a Sandrze wydało się, że nawet tu, na dole, z odległości dwudziestu stóp, czuje od niego whisky. – Nie wiecie, że odbywam naradę wojenną ze starszyzną?!
– Te panie też należą do starszyzny? – Sandra wskazała okno, aż rozedrgane od swawolnych kobiecych krzyków. – Bo głosy mają raczej młode.
– To nasze hurysy i bachantki – wyjaśnił starzec w szlafroku.– My, wodzowie, potrzebujemy ich podczas narad, tak jak artysta obecności muzy.
– Hurysy z Anabel albo Róży Nocy – pomyślała Sandra, ale zachowała tę uwagę dla siebie; i bez tego już bezczelnie się odezwała, więc lepiej nie przeciągać struny.
–Tato! To, z czym przychodzę, ma ścisły związek z wojną, i bardzo dobrze, że w twoim domu zebrali się teraz wodzowie, bo chciałam coś zademonstrować. To znaczy właściwie: Ter chciała.
Z drzwi wychodzą następni półnadzy mężczyźni i zaciekawieni stają po lewicy i prawicy Uttamara.
– Pokaż im, co umiesz – szepcze Sandra, podsuwając przed jej usta połówkę kija od szczotki.
Błysnęły kły, strzeliło w szczękach, i z połówki zrobiły się dwie ćwiartki.
– Ja chyba śnię! – zawołał staruszek i czując dreszcz, zwarł szczelnie poły szlafroka.
– Widzisz, tato. Gdyby chciała, mogłaby bez trudu odgryźć każdemu palec, a nawet całą kończynę. A jednak nigdy tego nie zrobiła. Prawda, Ter, specjalnie tak lekko gryzłaś dzieci?
– Bo ja na nich tylko trenowałam walkę – szepcze mała i wstydliwie spuszcza oczy.
A gdy je podniosła, stał już przed nią cały tłum Uttamarowych gości i każdy coś dla niej miał. Więc rósł i rósł u stóp Ter stos pogryzionych kijów bejsbolowych, nóg od krzeseł, a nawet grubych gwoździ, które bez trudu przepoławiała. A kolejnym zgrzytnięciom jej szczęk towarzyszył chóralny zdumiony okrzyk starszyzny.
– A ty, patr, takie zęby chciałeś spiłować! – westchnęła Sandra.
– Wstydź się, Uttamar, wstydź! – wołali wodzowie.– To tak, jakbyś pięć sztab złota wyrzucił na środku rzeki.
– Nie!!! – wrzasnęły białe dziewczyny i odskoczyły od okna, gdy Ter przegryzła pogrzebacz.
– Ona musi zostać przeniesiona do chłopaków i być chowana na wojownika – mówi Sandra takim tonem, jakby to ona rządziła, a ojciec miał słuchać.
Starszyzna kiwa z uznaniem głowami.
– Słusznie, słusznie, wadżh. Prawdziwie mądrze wymyślłaś.
– Zęby Ter w przeciwieństwie do pistoletu są bezgłośne – powiada starzec w szlafroku. – A i policja zdrowo się nabiedzi nad przyczyną śmierci denata. Jak znam głupków, pomyślą, że wilk go zagryzł.
Głośny śmiech wtóruje jego słowom.
– Bo ja jestem wilcza córa – mówi cichutko Ter; właściwie tylko do Sandry.
Starzec podchodzi do nich i chudą, kościstą ręką gładzi obie po głowie. A potem odwraca się do Uttamara.
– Masz wspaniałe córki, Ati–Pash. Jedną dzielną i groźną, drugą zaś mądrą i piękną.
Sandra nie wie, kim jest ten człowiek, ale na pewno musi być bardzo ważny, skoro ojciec z takim szacunkiem się przed nim skłonił.

Źródło Ultra Montana. W.A.B. 2005.
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
STRONA GŁOWNA
O autorze
Aktualności
Recenzje
Komentarze czytelników
Komentarze autora
 
Galeria
Wywiady
Linki
Zamówienie
Kontakt
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. W OBRONIE PRZEŚLADOWANEGO TWÓRCY KULTURY I WYBITNEGO NAUCZYCIELA
2. Recenzje Ogrodu Luizy
3. Tekst nigdy nie publikowany
4. Serdeczne życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
5. Najważniejsza jest fabuła
6. Muszę zaprotestować
7. Ptakon
8. Nie taki ja niewinny
9. Ultra Montana
10. Ogród Luizy -recenzja z serwisu internetowego Polityki
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Wydawnictwo Jirafa Roja
Xenna Moja Miłość
   
Analiza oglšdalności witryny