Na Wyspie, odc.10 Piątek, 30 Marca, 2007
Witold Horwath
 
W dodatku przez niego spóźniła się na przystań. Rudiego nie było. Jego motorówki również. Czyżby sam, bez niej udał się do szpitala?
Gdy dotarła taksówką, był już tam od pół godziny. W szpitalnej świetlicy grał na saksofonie, a Miriam wybijała rytm na bębenkach. Kilka pacjentek kołysało się na wózkach, pielęgniarka klaskała w dłonie.
– When the saints go marching in!– śpiewał basem młody chirurg.
Miriam nawet nie spostrzegła wejścia Sandry. Porwana grą Rudiego, jak dziecko rozbawiona, kiedy znad ustnika saksofonu stroił miny i komicznie przewracał oczami. I nagle do Sandry dotarło jeszcze coś – pierwszy raz od operacji mała zrobiła sobie makijaż.

Teraz Rudi każdego dnia zabierał do szpitala instrument, a Miriam nie opowiadała już o śmierci Roberta. Sandra czuła jednak, że złe wróci z chwilą, gdy znowu znajdzie się na Wyspie. Iść o kulach przez korytarz oddziału to nie to samo przecież co przez plac pełen rówieśników. Czy nie spotkają jej drwiny? Głupie, bezmyślne okrucieństwo, nawet własnych sióstr?
A jak przeżyje pierwszą dyskotekę na placu, na którą wszystkie pójdą, a ona nie? Ojciec Kingi, do którego zadzwoniła, uważa, że sprawa nie jest beznadziejna. Są coraz lepsze sztuczne stawy, za kilka lat być może Miriam prawie normalnie będzie chodzić.
Ale póki co jest, jak jest. I Sandra bardzo boi się o jej psychikę. Z dużo błahszych powodów piętnastolatki potrafią się przecież truć albo ciąć.
Jakie to szczęście, że Rudi tak się przejął; na Wyspie też pewnie będzie się małą opiekował. Bo Sandra sama nie dałaby rady. Za dużo spraw. I stale jakieś nowe. Na przykład z Ter. Przez miesiąc nosiła kaganiec, zdejmowany wyłącznie na czas posiłków. Potem obiecała poprawę, więc od tygodnia już jej nie nakłada. I z jednej strony ulga, bo to koszmar przecież był, a z drugiej – lęk, czy dotrzyma danego słowa. Co tylko przed południem zadźwięczy komórka, Sandrze wydaje się, że to na pewno nauczycielka ze skargą. A ją najtrudniej było przekonać.
– Nie wpuszczę Ter do szkoły bez kagańca! – krzyczała, tupiąc nogą.
– My się jej boimy! – wtórowało dwieście uczniowskich głosów. – To córka wilka! Ona nas zje!
– I pani pozwala, by wśród dzieci pokutował podobny zabobon?! – oburzyła się Sandra. – Chyba na bardzo niskim poziomie musi stać w tej szkole nauka biologii. Ciekawe, co na to władze oświatowe?
Podstawówka na Wyspie cieszyła się pewną autonomią, nie do tego jednak stopnia, by nauczycielka mogła całkiem gwizdać sobie na ministerstwo edukacji; przestraszyła się więc, zmiękła i zezwoliła Ter przychodzić bez kagańca.
I Sandra drży każdego dnia, co będzie; dopiero po czternastej. gdy kończą się lekcje, a dziewczynki wracające ze szkoły mówią, że nic się złego nie stało, oddycha z ulgą – i może spokojnie zająć się swoimi sprawami.
Aż nadszedł kolejny piątek; odkąd zdjęła Ter kaganiec, lubiła piątki, bo po nich wolny od lekcji weekend, i skoro nauczycielka nie zadzwoniła, to znaczy, że aż do poniedziałku spokój.
– W szkole bez incydentów? – upewniła się jeszcze przy obiedzie.
– Spoko – odpowiedziała za wszystkie Eva. – Ter jak aniołek.
Z błogim poczuciem, że przez dwa dni przynajmniej na tym froncie nic nie zagraża, wsiadła z Rudim do motorówki.
Miriam jutro wychodzi ze szpitala, a dziś miał ją – uproszony przez ojca Kingi – obejrzeć znakomity amerykański ortopeda, który akurat przyjechał do Polis na sympozjum.
Gdy dotarli na miejsce, było już po badaniu; Sandrę zawołano do gabinetu, gdzie ordynator i przyjezdna sława deliberowali nad rentgenami Miriam.
– Na dziś nic się nie da zrobić – orzekli zgodnie.
– Czyli kolano będzie miała sztywne, tak?
– Niestety – odparł ordynator. – W przyszłości, gdy udoskonali się endoprotetyka, pewną poprawę przyniesie wszczepienie sztucznego stawu. Póki co lepsze jednak własne kolano, nawet tak uszkodzone.
– Ale to młoda dziewczyna! Czy pan nie rozumie, czym dla niej jest kalectwo?
– Nie chcę robić nadziei – rzekł Amerykanin. – U nas, w Stanach, trwają zaawansowane badania nad tak zwaną metodą Goldberga. Chodzi o wykorzystanie wyhodowanej in vitro tkanki do rekonstrukcji stawu.
– W takim razie podpisuję kontrakt! – zawołał Rudi, gdy mu to powtórzyła.
Stali na pomoście, przy którym zacumował motorówkę. W górze piętrzyła się gigantyczna stalowa konstrukcja Bridge of the Sun, wibrująca bezustannym grzmotem tysięcy samochodów. Jak krasnoludki drobni wydawali się w jej cieniu.
– Jaki kontrakt? – Nie zrozumiała, co to ma do rzeczy.
– Nie mówiłem ci. – Rudi nerwowo zaplótł chude palce i poruszył nimi z chrzęstem. – Dostałem propozycję od orkiestry nowojorskiej. Początkowo nie chciałem jechać ze względu na Miriam, wiesz, żeby jej nie zostawiać, ale kiedy mówisz, że w Ameryce mogliby coś pomóc... – Ej, saksofon, co ty kombinujesz? Sandra siada na brzegu pomostu i ciągnąc Rudiego za rękę, zmusza, by usiadł obok. U ich stóp wolno, miarowo kolebie się motorówka. Rudi, jakby zawstydzony, patrzy gdzieś na przeciwległy brzeg.
– Chcesz ją zabrać do Stanów, tak? No proszę, a ja myślałam, że traktujesz ją jak córkę albo młodszą siostrę. Ech wy, faceci...
– To przecież śliczna dziewczyna – odparł Rudi, jakby się usprawiedliwiał. – Jeszcze zanim spotkało ją nieszczęście, zwróciła moją uwagę. Przez to różowe pasemko we włosach. Wiesz, że słabo widzę, ale po tym ją odróżniałem w tłumie dziewczynek, które wychodziły ze szkoły.
– Rudi! Ona ma piętnaście lat! Jasne, powiesz mi zaraz, że miała być żoną Roberta i że w ogóle na Wyspie panienki w tym wieku już są do wzięcia, ale...
– Dlaczego w ten sposób mnie osądzasz? Przecież póki nie dojrzeje fizycznie i psychicznie, możemy być jak brat z siostrą. A potem sama zdecyduje, czy...
– A patr? Pomyślałeś o nim? Musiałbyś mu wręczyć podarek, a nie wiem, czy od ciebie przyjmie. Nie odpowiadaj tylko cynicznie, że jego strata, bo nikt inny nie będzie chciał inwalidki.
– Sandro! Już drugi raz w tej rozmowie przypisujesz mi wstrętne myśli. Czym sobie na to zasłużyłem?
Sama nie wie; niczym nie zasłużył. To mądry, porządny facet. Tylko trochę stary. I niezbyt przystojny. Czy mimo kalectwa Miriam nie stać jednak na kogoś lepszego? Rudi jest świetny jako przyjaciel, ale – czy również jako mąż? Sama w życiu nie poszłaby z nim do łóżka i podejrzewa, że jej mała siostra także preferuje inny typ męskiej urody.
– Nic, Rudi. Pogadam z Miriam i wybadam, jak się na to zapatruje. A ty musisz jakoś urobić patra. Co nie będzie wcale łatwe.
Za grubymi szkłami krótkowidza ciepły, serdeczny blask.
–Prawdziwa z ciebie kumpela – powiedział cicho.
I nagle niezgrabnym ruchem objął jej szyję i szybko, wstydliwie cmoknął w policzek.

Już na przystani słyszała dziwny dźwięk. Ni to policyjna syrena, ni to kot obdzierany ze skóry. Złe przeczucia przyspieszyły krok. I niestety się sprawdziły. Wchodząc za mur fabryczny, wiedziała już, że to z domu dziewczynek się niesie. I że to wrzask małej Ter.
Źródło Ultra Montana. W.A.B. 2005.
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
STRONA GŁOWNA
O autorze
Aktualności
Recenzje
Komentarze czytelników
Komentarze autora
 
Galeria
Wywiady
Linki
Zamówienie
Kontakt
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. W OBRONIE PRZEŚLADOWANEGO TWÓRCY KULTURY I WYBITNEGO NAUCZYCIELA
2. Recenzje Ogrodu Luizy
3. Serdeczne życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
4. Najważniejsza jest fabuła
5. Tekst nigdy nie publikowany
6. Muszę zaprotestować
7. Ptakon
8. Nie taki ja niewinny
9. Ultra Montana
10. Ogród Luizy -recenzja z serwisu internetowego Polityki
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Wydawnictwo Jirafa Roja
Xenna Moja Miłość
   
Analiza oglšdalności witryny