Kiedyś byłem bardzo wzburzony i coś takiego popełniłem; niedokończoną powieść, z której zionęła nienawiść. Szczęśliwie przerwałem i żadnych kroków w kierunku wydania nie poczyniłem. Tu fragment umieszczam ku przestrodze kolegom-literatom: gdy coś was gryzie, wybierzcie się na urlop w jakieś miłe miejsce (względnie do agencji towarzyskiej), zamiast wylewać żale na papier.
MONOLOG IDIOTY
Najkrócej mówiąc to są tylko dwie rzeczy: mój świr i jej pizda. Mieszanka wybuchowa. Jebut! I pył poleci. Do nieba, do diabła, w kosmos.
Ale póki co, szosą idę. Minus trzy, jezioro przede mną, listopad, las po bokach, moje imieniny, dwa paski zasięgu, ale telefon komórkowy milczy. Dwa kilometry do sklepu mam, w jakiejś zapadłej wiosce, gdzie mogę kupić zeszyt, długopis, pastę do mycia kilku ostatnich zębów. Chyba nawet niezły ze mnie piechur, a przynajmniej wprawy nabrałem. Polami Mokotowskimi z psem codziennie przez prawie dziesięć lat, z innym psem nad torami linii na Radom–Kielce lat prawie pięć. A nadto z Ożarowa do Piastowa, albo ulicami Montmartru tuż przed świtem niedawno, albo na taki wielki wulkan na Cykladach, wyspa Santorini, czerwiec 88, szedłem, ciągle szedłem, tam i sam, jak świat długi i szeroki. A teraz z Jastrzębia do Poraja, ile sił, przed siebie, szczęśliwy, że na razie jeszcze szosy mam, ulice, ścieżki, alejki, jest którędy uciekać.
Za drogowskazem na Kozie Główki zabiłem Lilkę.
Leży tam, zaraz za pierwszymi brzózkami, metr od pobocza. W miejsce prześcieradeł hotelowych, na których chciałem ją kłaść na wszystkich kontynentach, bo mieliśmy kulę ziemską objechać, ma Lilka pod plecami zgniłe, oszronione liście, a na sobie tę swoją kurteczkę skórzaną czarną rozpiętą, i bluzkę czarną, pod którą piersi jeszcze zdają się unosić w oddechu. A skóra Lilki biała jest, taką już miała zawsze, śmierć nie da rady bardziej wybielić. Mały czarny pajacyk, szmaciana Lilka–lalka porzucona w lesie, jedna noga w bok, druga tak jakoś nienaturalnie zgięła się przy upadku. Zero krwi, nóż bezbłędnie wszedł dwa palce pod łopatką, najkrótszą drogą do serca. Myślała, że chcę ją objąć, pieścić, nudzić wyznaniami, więc próbowała się odsunąć, a teraz nic już nie myśli, oczy ma nieruchome, wpatrzone w kamienną płytę nieba. Spoczywaj w pokoju, malutka; mnie czas w dalszą drogę.
A potem był mostek i na nim stała Wanda. Pięć lat jej nie widziałem, ale prawie się nie zmieniła. Włosy jak dawniej drapieżnie tapirowane, miedziano– rude, kąciki oczu przedłużone zieloną kreską. Czy malujesz jeszcze paznokcie w tę jaskrawą zieleń? Zdejmij rękawiczkę, tak, tak, tym swoim kabotyńskim ruchem prowincjonalnej poetessy. Okey, wszystko po staremu, a zatem weź go w dłoń. Bo on kocha, kiedy branzlują go twoje palce z zielonymi paznokciami.
No, na co jeszcze czekasz, suko?! Chyba mówię do ciebie. Rozepnij rozporek i rób mi dobrze! Cóż to, krzywisz się? Cofasz dłoń? W porządku, sama tego chciałaś – precyzyjnie, w plecy, dwa palce pod łopatką.
Jednak coś spieprzyłem. Pociekło. Kurwa, przestań, bo ja nie mogę patrzeć na krew. Okey, z krocza pozwalam, twoje babskie prawo, ale – nie z ust!
Nim wrzuciłem Wandę do wody, przez chwilę popatrzyłem jej w oczy. Miała zawsze nieprzytomny, martwy wzrok. Więcej pustki nawet śmierć tym oczom nie przyda. Żegnaj, poetesso. Muszę iść do sklepu.
A przed sklepem, czyżbym się mylił? Okulary przecieram. Oczywiście, to ona. Laleczka Barbie w skórzanych spodniach, co omal nie pękną na udach. Wróciłaś ze Stanów, kurwo?! I co? Tam lepszy świat? No, to ja ci pokażę jeszcze lepszy, o tu, zaraz za sklepem. Chodź, nie bój się! Wiem, brzydkie to podwórko, ale zaraz zrobi się pięknie. Zobaczysz, tylko sięgnę do kieszeni. A ty przytul się do mnie. I zmruż te swoje kretyńskie, niebieskie oczęta! I mów, szepcz, tak jak wtedy przez telefon – że bierzesz w usta, lekko nagryzając żołądź, no mów, pierdolona, przecież wiesz, że tylko w ten sposób mogę się spuścić!
Co się tak głupio na mnie patrzysz? Nożem dostałaś i zdychasz. Światowa dama, po amerykańskich wojażach zaraz padnie w kałużę, błoto, krowie łajno. Po Broadwayu wiejskie podwórko na tyłach sklepiku z mydłem i powidłem. Niezłe, jak na ostatni widok w życiu. Żegnaj, Justynko, wreszcie jesteśmy kwita.
Wchodzę do sklepu. Starsza kobieta tam sprzedaje. A druga starsza kobieta niby coś kupuje, ale tak naprawdę przyszła pogadać.
Obie patrzą na mnie z lękiem, bo przecież z moich oczu łatwo wyczytać, co zrobiłem, mój wzrok krzykiem wyznaje nienawiść. Nie, nie bójcie się, was nie skrzywdzę. Ja kocham stare kobiety, zwłaszcza takie z ludu, jak wy. Macie w sobie mądrość i dobroć Boga, i w dodatku na pewno istniejecie, nie tak jak On, w którego trzeba wierzyć. Pozwólcie mi się przytulić. Kochajcie jak wnuka. Jeszcze raz mówię, nic wam nie grozi. Ja tylko te młode zabijam, te dziwki uwalane spermą setek facetów. Nie, to nie tak, że jestem zazdrosny. Dla mnie mogą się pierdolić z całym światem. Bylebym tylko ja do niego, do tego świata, należał. Ale one wykluczyły mnie. Dlatego je zabiłem.
– Słucham pana – mówi niepewnie sprzedawczyni.
– Zeszyt poproszę i długopis, i pastę do zębów. Do moich kilku ostatnich zębów – dodaję z uśmiechem, i kobiety też się uśmiechają, bo „nie jest przecież złym człowiekiem” – czytam w ich wzroku – „to tylko te dziewczyny, wstrętne, okropne, musiały go skrzywdzić, nie poznały się na nim głupie, a z niego byłby idealny wprost mąż.”
A jaki dobry ojciec, chwalą mnie dalej w myślach, bo powiedziałem, że jestem tu z moim synem na turnieju szachowym. I maja rację: gdyby któremuś z moich dzieci coś się stało, połknąłbym cyjanek. I to jest jedyny pewnik, bo poza tym jestem zupełnie nieobliczalny.
Z reklamówką, w której zeszyt, długopis, pasta i tabliczka czekolady na osłodę, wychodzę ze sklepu. Do Lilki, Wandy, Justyny, bo oczywiście zdążyły już zmartwychwstać, stoją po drugiej stronie jezdni, pewne swego, bo wiedzą, że zaraz będę klęczał, buty ich lizał, jak pies skamląc o jedno serdeczne słowo, drobny czuły gest; od dwudziestu lat niezmiennie w ten sam sposób bezskutecznie korzę się przed nimi, a przecież tak mało pragnę.
Naprawdę nie możesz mi tego dać, Lilko, Wando, Justyno? Zastanów się nim kolejny raz odmówisz, bo nie panuję nad sobą, przed oczami mam ciemność, za chwilkę naprawdę złapię za nóż! Nie prowokuj nieszczęścia.
A dlaczego niby ku przestrodze? Kokietka z pana. Jeśli z każdego pańskiego \"wzburzenia\" (hm..) rodzą się takie świetne kawałki, to.. gratuluję i zazdroszczę. Tak więc - bez zbędnej kokieterii - wstęp powinien brzmieć mniej więcej tak: gdy coś was gryzie, koniecznie wylewajcie swoje żale na papier ( w celach terapeutycznych chociażby). Być może narodzą się z tego tak mocne literacko teksty, jak powyżej. Zgadzam się z Bacą: siła rażenia wielka.
Jednak, nie przyrządziłeś temu tekstowi stosu pospołu z petami w popielniczce; skazałeś tylko na lata szuflady. A on odsiedział swoje i wyszedł.
Bo jednak mocny jest. Ma świadomość swojej zdolności ugodzenia. Nijak go nie osłabiłeś tytułując - tatuując "monologiem idioty". On i tak poznaczony i podziargany.
Dobrze, żeś go pokazał. On mówi - jak nie podchodzić do kobiet, ale mówi też - jak pisać.