W lutowym numerze "Lampy" ukazała się wspólna recenzja Justyny Jaworskiej z dwóch książek Witolda Horwatha: "Wspólnej chemii" i "Ptakona" pt. "O wariatce i idiotce".
Dziwna sprawa, dawno nie czytałam tuż po sobie dwóch książek tego samego autora: tak dobrej i tak złej. Aż nie wiadomo, od której wiadomości zacząć. Ale wypadałoby chronologicznie, czyli od wznowienia Ptakona, za którego Witold Horwath już kilka lat temu zebrał znakomite recenzje.
Bardzo mnie zaintrygowała powieść o nieletniej kryminalistce, która wychodzi z więzienia na badania psychiatryczne, potem resocjalizuje się w przyklasztornym domu opieki i doznaje tam przeanielenia. Zataja przeszłość, a po latach sama zostaje psychiatrą i poślubia prawnika, przyszłego prokuratora. Gdy mąż trafia przypadkiem (przypadkiem?) na jej akta sądowe, zaczynają się przed nim odsłaniać potworne tajemnice. W streszczeniu ta historia brzmi tandetnie, lecz w lekturze zadziwia świetnie budowanym klimatem niedopowiedzenia, zwrotami akcji, niegłupimi obserwacjami. Przede wszystkim jednak Ptakon ma coś, za co kochamy literaturę popularną: wciąga. Podobne emocje przeżywałam nad Horwathem jeszcze jako nastolatka, gdy z płonącymi policzkami przeczytałam w jedną noc jego Seans, solidny kawał cegły. Tam też akcja kręciła się wokół demonicznej nastolatki. Do dziś pamiętam, że nosiła czarne dżinsy i miała na imię Milena, choć do książki już nigdy nie wróciłam.
Ptakon to trochę dreszczowiec psychiatryczny czy studium obłędu, trochę gotycki w klimacie moralitet, z trzeźwym dla kontrastu tłem obyczajowym. Styl poetyckich, rwanych akapitów może się wydawać zmanierowany, ale dzięki technice achronologicznych przebitek historia rozwija się w różne strony, pogłębia i do końca trzyma w napięciu. Losy i umysłowość głównej bohaterki musimy sobie złożyć z elementów, a to zawsze fajne. Jedynie rozważania na temat natury dobra i zła trafiłyby do mnie silniej, gdybym była trochę młodsza, na szczęście Horwath nie przekracza granicy łatwych rozstrzygnięć i nie daje odpowiedzi na pytania metafizyczne.
Aż nie do wiary, że autor tej zapadającej w pamięć powieści popełnił coś takiego jak Wspólna chemia. Okładka (romantyczna para w sepii) przypomina stylistyką kalendarze dla nastolatek, niestety to samo można powiedzieć o zawartości. Bohaterką jest znowu bardzo młoda dziewczyna, taka to już widać predylekcja pisarza, tym razem jednak poskąpiono jej jakiegokolwiek demonizmu: to gąska, która zaszła w ciążę w wieku lat bodaj czternastu, a teraz ma dziewiętnaście, uczy się zaocznie i za dużo rozmawia przez komórkę. Dzieli czas między niemądrą przyjaciółkę i kochającego męża, o którego zaczyna być bezpodstawnie zazdrosna. Sama próbuje w rewanżu skoków w bok, które jej nie wychodzą, bo biedactwo ma więcej serca niż rozumu. Na szczęście nieporozumienia wyjaśniają się jak we francuskiej farsie i małżeństwo zostaje uratowane.
Streszczam do końca, by nikomu nie przyszło do głowy tego czytać. Książka jest na swój sposób szkodliwa, bo choć próbuje sportretować nieskomplikowany, popkulturowy umysł z ironią, osuwa przy tym w ckliwość. Razem daje to efekt protekcjonalnego ślinienia się do zgrabnych bioderek, jakby rozumiało się samo przez się, że bohaterka śliczna i uczuciowa musi być jednocześnie naiwna. Dręczyło mnie pytanie, dla kogo to zostało napisane. Może dla nastoletnich czytelniczek "Cosmo", jako budująca powiastka z morałem? Może dla starych capów, by dostarczyć im erotyczno-sentymentalnych wzruszeń? Obie grupy czytelnicze wyczują tu fałsz, bo powieść napisał stary cap, który próbował się wczuć w dziewczęcą mentalność i nie wyszło mu to tak bezpretensjonalnie, jak zachwala okładka. Rzecz mogłaby nosić tytuł Idiotka, ale jeszcze by ją kto wziął za kobiecą wersję Idioty, a trudno o większą pomyłkę; niech już lepiej Horwath pisze o wariatkach.
Recenzentkę trochę poniosły emocje, ale zgadzam się, że "Ptakon" jest książką znacznie lepszą, choć "Wspólną chemię" czyta się lekko i przyjemnie, więc to trochę inny typ powieści. Ale nie zgodzę się, że "Lampa" jest taka tendencyjna, są tam teksty zróżnicowane, jak dla mnie to za długie często są fragmenty prozy i niepotrzebne recenzje muzyczne, ale nie są to teksty stronnicze.