Fragment nowej powieści Poniedziałek, 21 Września, 2009
 

PO NICH BYŁ STARY AMERYKANIN Z JASZCZURKĄ,

najbardziej odrażający fizycznie mężczyzna, jakiego spotkałam w życiu, więc odpowiadając uśmiechem na spojrzenia, które słał mi w night-barze na dwudziestym piętrze hotelu Volcano, ciągle wahałam się, czy to warte jest tych kilkuset baksów; ale był jedynym samotnym facetem w bungalowie, inne bungalowy zajmowały całe rodziny, bo właśnie z myślą o turystach rodzinnie przybywających na Santa Inez wybudowano je na skraju Long Wave, a w każdym był wielki japoński telewizor i najwyższej klasy sprzęt grający, tak powiedział Esteban, którego siostra sprzątała w bungalowach, a najważniejsze, że w garażu stał samochód – prywatny albo należący do firmy i wynajmowany razem z domkiem.

Od Manueli, tej sprzątaczki,  dowiedzieliśmy się, że gościu codziennie śpi do południa, bo właśnie w południe Manuela przychodziła do bungalowu i zawsze zastawała go w wyrze, a to znaczyło, że baluje po nocach, więc oblazłam wszystkie hotelowe night-bary, wypatrując klienta z naroślą, którą nasza informatorka opisała jedynie zdawkowo, jako dziwny i ohydny guz; dlatego normalnie przeżyłam szok, kiedy wysiadłszy z windy na tarasie widokowym Volcano, przez szybę baru zobaczyłam  faceta, któremu ust  zwisała jaszczurka, i dopiero kiedy z bliska się przyjrzałam, zorientowałam się, że to właśnie ta narośl, dziesięciocentymetrowy, bordowy kabanos uczepiony między dolną wargą a podbródkiem z kilkoma cienkimi odnogami, które wzięłam za łapki, i zakończony spłaszczoną kulką przypominającą gadzią główkę.

Lecz to go specjalnie nie szpeciło, bo czy można jeszcze bardziej zeszpecić chudą, pomarszczoną twarz, na której każdy element, na czele z przekrzywionym w bok nosem, był zdeformowany i  osadzony nie tak jak potrzeba?… no więc nie można; od takiego ryja, nawet guz, co na nim rośnie, jest ładniejszy.

Zauważyłam, że ludzie dyskretnie odwracają od niego wzrok, a zatem stolik, który zajmował przy szybie oddzielającej taras od baru, znajdował się jakby w niewidzialnym kręgu, za parawanem odrazy; i ten parawan mnie też zasłonił, kiedy usiadłam obok, żaden facet na mnie nie spojrzał, choć byłam w swoim służbowym mundurku – dżinsowych szortach i opalaczu ledwie okrywającym cycki; czegoś podobnego jeszcze nie doświadczyłam, więc czułam się dziwnie i nieswojo, i nagle wyobraziłam sobie horror:  jakieś fluidy, które wydziela jego narośl, płyną do mnie między stolikami, muskają moją twarz i po  chwili wykwita mi coś podobnego,  i to niejedna, tylko dziesiątki małych jaszczurek, jakby dzieci tamtej, od brwi do podbródka wyłażą ze mnie na wierzch, rozrywając skórę, odruchowo przejechałam dłonią po policzkach, serce zaczęło mi tłuc, i chyba bym  uciekła z baru, gdyby nie ta druga, inteligentniejsza Laura, której się zawierzyłam.

– Spoko, mała, to nie jest zaraźliwe!

– Jesteś pewna?

– Miliard procent. Więc wyluzuj, ok.?

– Ok.

– Mądra dziewczynka. Ale co tak siedzisz, jak ofiara losu? Nogę na nogę załóż. I włoski popraw, wiesz, o jaki ruch chodzi? O widzisz, już na ciebie luknął.

Jakie to szczęście, że ją wtedy miałam przy sobie, drugą Laurę, moją opiekunkę i szefową.

Faktycznie Amerykanin obrzucił mnie taksującym spojrzeniem i prawie od razu, pewnym tonem, spytał, czego chcę się napić. Nie miałam wyjścia: musiałam tym razem udawać kurwę, bo wiadomo, że żadna zwykła laska nie dosiadłaby się do niego w barze, i on sam w taki cud by nie uwierzył, zwłaszcza, że nie sprawiał wrażenia przygłupa.

Nie pasowało mi to za bardzo, gdyż  barman mógł później powiedzieć o mnie ochroniarzom i przestano by mnie wpuszczać do Volcano, a gdyby fama się rozniosła dalej, także i do innych hoteli i barów w Long Wave, lub zaczęłyby się żądania haraczu w baksach albo w naturze; dotąd jako nastoletnia amerykańska turystka poruszałam się tu swobodnie i wolałabym, żeby tak zostało.  Ale ten gościu miał w garażu w bungalowie mercedes-benz klasy S, a właśnie na taką bryczkę Bibi otrzymał zamówienie, więc trudno –  trzeba było grać dziwkę z Panamy na gościnnych występach.

No tak, łatwo powiedzieć, grać dziwkę, a ja przecież żadnej nie znałam oprócz Matyldy, która pracowała w burdelu Carlosa, i  nie musiała nikogo łapać w barze, klienci sami do niej przychodzili, a warunki były wcześniej omówione z szefem, więc całą wiedzę, jaką wyniosłam z jej opowieści mogłam o kant dupy potłuc. No, ale od czego ta mądrzejsza Laura? Moja suflerka.

– Muszę uważać, żeby nie doczepił się jakiś opiekun, bo na razie pracuję solo, udaję amerykańską turystkę i z nikim nie działkuję kasy.

Skinął głową, że rozumie problem, a jego kaprawe oczy mówiły, że mało go obchodzi. Ale tym tekstem chyba się przed nim uwiarygodniłam.

– Dlatego wyjdę teraz z baru, zjadę windą i poczekam na pana przed hotelem. A potem pójdę za panem, tak żeby wyglądało, że idziemy osobno, ok.?

Znów skinął głową a jaszczurka poruszyła się jak wahadełko.

– How much? – spytał rzeczowo.

A wtedy druga Laura schwyciła mnie za rękę, szarpnęła mocno, przełamując wstręt i – moja dłoń znalazła się przy jego twarzy.

– Sto plus druga stówa za ten wisior.

I pstryknęłam w łebek jaszczurki, która podskoczyła, uderzając w krzywy kinol. Puta madre![1] Jak on się roześmiał. Do końca życia nie zapomnę tego rżenia, jakby z głębi piekła, gdzie diabły ciągną do kotła masochistę, a on ryje się z nich i wiecznej męki, bo dla niego będzie przecież wieczną rozkoszą.

I ująwszy jaszczurkę w dwa palce, nie przestając się śmiać, rzekł do niej:

– Widzisz, mała, dla tej kurwy jesteś warta stówę.

Na dole obrotowe drzwi wyrzuciły mnie wprost na Massenę, który stał przed Volcano, paląc papierosa. W Long Wave się nie znaliśmy, ale musiało być w mojej twarzy coś, co go zaniepokoiło, skoro, łamiąc ustalenie, spytał dyskretnie, czy wszystko ok.

– Spoko, Bibi. Tylko jaja jak berety, potem ci opowiem.

I oddaliwszy się od Masseny, czekałam na mojego klienta, patrząc w gwiazdy, które gęsto wisiały nad hotelem i przebijały się przez blask neonu. Od dziecka lubiłam nocne niebo, a nawet często sama w biały dzień je sobie stwarzałam, zaciskając mocno powieki, bo wtedy też widzi się migające punkty w ciemności, więc wystarczy uruchomić wyobraźnię. I zawsze bardzo, bardzo wiele myśli przychodziło mi w takich chwilach do głowy, aż wreszcie pewnej nocy czuwając bezsennie przy oknie, zrozumiałam że tam w górze jest czystość i ład, a ja się temu sprzeniewierzyłam, zdradziłam moje niebo i moje gwiazdy, stare przyjaciółki z dzieciństwa; i prosząc je o przebaczenie, płakałam aż do świtu.

Lecz to było dopiero kilka miesięcy później, te łzy i refleksja, a póki co poszłam za gościem z jaszczurką do jego bungalowu na samym końcu głównej promenady Long Wave; wszedł do środka, zgodnie z umową drzwi zostawiając otwarte, więc dyskretnie się przez nie przemknęłam. Zobaczyłam go schylonego nad barkiem, mieszającego drinki.

– Jestem, skarbie – szepnęłam, pieszcząc jego plecy.

Po czym szybkim ruchem, który przez dwa dni ćwiczyłam w domu na jaśku, wbiłam mu w kark igłę strzykawki i wcisnęłam tłoczek.

– Ty suko! – wrzasnął i odwróciwszy się ruszył na mnie jak niedźwiedź; odskoczyłam pod ścianę i już po chwili wiedziałam, że tam nie dojdzie, bo to gówno faktycznie miało piorunujące działanie i z każdym krokiem, coraz bardziej uginały się pod nim nogi, aż wreszcie osunął się na dywan, powalony charczący grizli z rozwartą paszczą,  której oddech omiótł mi palce stóp; a potem zaczął dygotać, rzucać się i nagle konwulsyjnie przekręcił się na plecy; przeraziłam się, że Bibi źle obliczył dawkę, i całe moje życie wyświetliło mi się przed oczami, jakby już mnie prowadzono na szafot, lecz to trwało najwyżej pół minuty, pół minuty mojego niewyobrażalnego strachu, po czym drgawki ustały, a pierś faceta zaczęła się poruszać w spokojnym sennym oddechu.  Powinnam szybko zrobić swoje i spadać, lecz nagle coś w jego twarzy przykuło moją uwagę, coś czego w przyciemnionym wnętrzu baru nie spostrzegłam, taka dziwna obwódka wokół oczu i ust, jakiej nikt nie ma, żaden człowiek na świecie, więc schyliłam się, przejechałam po niej palcem, a następnie, łapiąc dłońmi fałdy skóry, zdarłam mu maskę;  pod nią była zwyczajna sobie twarz, mniej więcej czterdziestoletniego mężczyzny, ani ładna ani brzydka.

– O, kurwa! – zawołałyśmy chórem ja i ta mądrzejsza Laura, bo w obliczu tego odkrycia obie równo wymiękłyśmy. 

Potem wyłączyłam system alarmowy, otworzyłam okno od strony ogrodu i – opuściłam bungalow. Resztą miał się zająć Bibi.

--------------------------------------------------------------------------------

[1] Puta madre! (hiszp.) – kurwa mać!

 

Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
STRONA GŁOWNA
O autorze
 
Recenzje
Komentarze czytelników
Komentarze autora
Do czytania
Galeria
Wywiady
Linki
Zamówienie
Kontakt
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. W OBRONIE PRZEŚLADOWANEGO TWÓRCY KULTURY I WYBITNEGO NAUCZYCIELA
2. Recenzje Ogrodu Luizy
3. Serdeczne życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
4. Najważniejsza jest fabuła
5. Tekst nigdy nie publikowany
6. Ptakon
7. Nie taki ja niewinny
8. Ultra Montana
9. Ogród Luizy -recenzja z serwisu internetowego Polityki
10. Zdumiewa mnie
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Wydawnictwo Jirafa Roja
Xenna Moja Miłość
   
Analiza oglšdalności witryny